Fantastyczne Opowieści

XVIII Dywizja – projekt (n.d.)
Autorstwa Nerevana(Tajemnice Antagarichu)

OSTRZEŻENIE

– Gdzie jest Lustro?

– Och, aleś ty konkretny. Do bólu.- parsknął Leopold.- Stereotypowy żołnierz, którego nie obchodzi nic, co nie jest związane z powierzonym mu zadaniem. Nawet, gdy ma okazję do zdobycia czegoś ponad rezygnuje z tego, bo nie jest nauczony czerpać z życia więcej, niż przewiduje rozkaz i twarda dyscyplina…

– Gdzie ono jest?- przerwał nieco zniecierpliwiony Aleksander.- Nie przyszedłem tutaj po „coś ponad”. To „coś ponad” będę miał, jeśli uwinę się z moim zadaniem prędko, może jakaś ekstra premia, kto wie?

– Jest w Komnacie Kryształów. Dokładniej to przy ścianie naprzeciw wejścia, owinięte krwistoczerwonym materiałem.- odpowiedział Leopold. Każde słowo wypowiadał powoli, jakby je ważył i sprawdzał.- Uprzedzając następne pytanie: Komnata Kryształów jest za tamtymi drzwiami, o, tam za mną. Ale nie uda ci się go stamtąd zabrać.- dodał już szybko, gdy zauważył, że Aleksander podnosi się ze swego siedzenia.

– Dlaczego to?- zapytał Aleksander już stojąc.

– Po pierwsze…- Leopold przybrał minę wszechwiedzącego mędrca.- Jest przymocowane do podłoża niewidzialnymi, ale bardzo, uwierz, bardzo mocnymi więzami. Nie jest łatwo je skruszyć, a ty w obecnym stanie i z obecnym wyposażeniem na pewno ich nie złamiesz. Po drugie… Ty go zwyczajnie nie udźwigniesz.

Aleksander pytająco podniósł brew.

– Co ty sobie myślałeś, że co, to małe lustereczko, w którym można sobie co najwyżej twarz przejrzeć?- wyjaśnił Leopold.- O nie, jest znacznie większe. Na pewno nie dotrzesz z nim do stolicy, a wątpię, byś miał teraz ochotę wracać się do niej po wozy i służbę…

Aleksander zaklął cicho. Jeśli Leopold rzeczywiście nie kłamał, to mogło być naprawdę kiepsko. Do diabła! Jak mogli być tak głupi… Nie pomyśleć o tak fundamentalnej sprawie… No ale cóż, kazano mu odnaleźć Lustro, a nie je przetransportować…

No właśnie. Jego rozkaz brzmiał: „odnajdź Lustro Dusz”. Nie miał go zawozić. Upewni się, że ono tu na pewno jest, wróci i zamelduje Imperatorowi to, czego się dowiedział. Westchnął z ulgą i usiadł. Miał tylko nadzieję, że Miłościwie Mu Panujący nie wydał rozkazu z wiadomym domysłem.

– I tak tam zajdę. Co mnie tam czeka? Tam, w Komnacie?

– W Komnacie? A w sumie nic takiego.- wyciągnął się Leopold jakby rozprostowywał kości.- Same miejsce jest niczym więcej jak arcydziełem… powiedzmy, architektury pradawnej rasy. Przepiękne miejsce, zapewniam! Ale na swój sposób upiorne… Podobnie jak te wszystkie dziwactwa, które tu do tej pory na pewno zauważyłeś.

Aleksander kiwnął głową potwierdzając. Nie odpowiedział jednak, a jego gospodarz widząc to ciągnął dalej.

– Nie martw się, nie czekają cię żadne walki, żadne próby, o których mówiłeś. Oprócz jednej, jedynej niedogodności…- kapitan miał dziwne wrażenie, że Leopold w tej chwili mrugnąłby do niego okiem, gdyby mógł.

– Jakiej?- zapytał lakonicznie i konkretnie.

– Lustro samo w sobie… Cóż… Jest czymś niezwykłym. Nie masz ciągoty, aby w nie zajrzeć?

Aleksander niedbale wzruszył ramionami.

– Jeśli to ma być jakaś pokusa… Jakoś o tym nie myślałem. Nie wiem, co takiego mogłoby mi zapewnić Lustro, jakąż to wiedzę. Nie widzi mi się, by w zamian za nią zostać ślepcem. O nie, cenię własne oczy i wzrok wyżej, niż wszelką mądrość. Wiem, że dla ciebie to mogą być herezje, ale wiesz. Ja przyzwyczaiłem się do swojego ciała i je nawet lubię. Ponadto nikt nie kazał mi zaglądać weń…

– A ty nie umiesz myśleć samodzielnie.- dokończył lekko rozdrażniony Leopold, choć Aleksander miał ochotę powiedzieć coś zupełnie innego.- Jesteś żołnierzem. Stereotypowym żołnierzem. Nie zastanawiasz się nad rozkazami, wypełniasz je, jak marionetka. Chodź, pokażę ci coś.

Leopold powstał ze swojego tronu, skręcił w lewo i podszedł do jednej ze ścian. Dreschel po chwili wahania poszedł w jego ślady. Stanąwszy tuż przy tych dziwnych płaskorzeźbach w końcu miał okazje naprawdę dobrze się im przyjrzeć. Tak, jak wcześniej już zauważył przedstawiały przedziwne humanoidy, niby mutację ludzi i ryb. Okrągłe, martwe oczy pozbawione były źrenic. Paszcze pełne były stożkowatych i – zapewne – bardzo ostrych zębisk. Skrzela na szyjach. Błona między szponami u czegoś, co zapewne było odpowiednikiem ludzkich rąk i nóg. Niektóre przypominały bardziej rekiny, inne zaś ośmiornice; na widok tych makabrycznych przedstawień wybryków natury Aleksander mimowolnie dostawał gęsiej skórki. A widział w swym życiu już bardzo wiele Rzeczy. To, co widział przynosiło mu na myśl mroczne bożki i demony, ale nie tych subtelnych kusicieli, nawet nie tych z rogami i ogonem. Te demony były przynajmniej po części ludźmi. Ludźmi, którzy utopili się bezdennym oceanie przeszłości i wpadli w oplecione cierniem ramiona szaleństwa. Groza, obłęd i nienawiść – upostaciowieniem tych rzeczy wydawały się Aleksandrowi te istoty. Jakkolwiek irracjonalne i bez sensu by to nie było.

Leopold zaczął opowiadać idąc wzdłuż ściany. Stukot jego laseczki odbijał się delikatnym, subtelnym i jakby obcym echem po pomieszczeniu. Aleksander słuchał.

– Na pewno zwróciłeś uwagę na te dzieła sztuki wkraczając tutaj, prawda? Tak, tak, zauważyłem to. Na fresk również. Nie zadzieraj głowy! Zaraz ci o nim opowiem, przyjrzysz mu się bardzo dobrze. Najpierw słuchaj.

Słuchał.

– To pozostałości po wcale nie tak dawno wymarłej rasie, jak już zresztą wspomniałem. Ten budynek, to pomieszczenie… Komnata Kryształów to też ich dzieło, kto wie, czy nie najwspanialsze. Rasa Couholt, bo tak się nazywali, żyli przed wami w ukryciu. Była to rasa od was o wiele młodsza, szybko też odeszła… Ale rozwinęli się błyskawicznie. Jak zresztą sam widzisz. Nie wyglądali zbyt przyjaźnie, wiem. I nie byli. Żyli głównie w swych podwodnych, przepięknych pałacach. Potrafili żyć zarówno na powierzchni lądów, jak i pod poziomem wody. Znacznie, ale to znacznie lepiej czuli się w tym drugim przypadku. Ale to nieważne, kim byli, czemu odeszli… Poszperasz kiedyś po lekturach to się dowiesz. Co prawda skromna była wasza wiedza o nich, ba, prawie żadna, ale z pewnością ktoś kiedyś o nich popisał. Znacznie ważniejsze jest to, co pozostawili.

Pogładził jedną z mijanych rzeź, jakby ją głaskał. Potwór ten trzymał w jednej ręce jakąś idealnie gładką kulę, w drugiej kostur, co nadawało mu wygląd wieszcza lub szamana swojej rasy. Zamiast głowy miał macki wyrastające z szyi i ukryty między nimi otwór gębowy. Rozwarty, jakby coś miał właśnie zamiar pożreć. Leopold ciągnął dalej.

– Stworzyli Komnatę Kryształów. Stworzyli Salę Luster, ale przy pomocy aniołów i ludzi. Każda z tych ras wniosła coś swojego do tej mistycznej placówki…

– Więc Sala też nie jest legendą? Istniała naprawdę?- zapytał Aleksander zdradzając w końcu zaniepokojenie wszystkim, o czym jego orator mówił, zastanawiając się jednocześnie nad sensem użytego przez niego określenia „placówka”.- Pozostały chociaż jakieś ruiny?

– Tak.- kiwnął głową Leopold.- I nie.- tym razem pokiwał w poziomie.- Zarazem tak i nie. Nic z niej nie zostało, ale całkiem sporo. Ech… W waszym języku nie jestem w stanie powiedzieć ci tego tak, byś zrozumiał. Po prostu. Jest i jej nie ma. Nie uchowało się nic, a zarazem uchowało sie nader wiele… W każdym razie, tak, Sala Luster to miejsce rzeczywiste. Historyczne. Ale wracając do tematu. No więc Salę Luster również pomagali utworzyć, ale samego Lustra już nie stworzyli. Ono po prostu… było.

Obejrzeli już wszystkie rzeźby obchodząc dokładnie wszystkie ściany. Zamiast ponownie rozpoczynać jeszcze raz tą trasę Leopold żwawo ruszył ku stołowi. Kapitanowi zaburczało w brzuchu. Zaklął cicho, ale paskudnie.

Prowiant zostawił w jukach. Miał przy sobie jedynie niewielką torbę z niezbędnym inwentarzem, cała reszta była przy koniu – a konia zostawił przywiązawszy do drzewa przed wejściem tutaj mając przeogromną nadzieję, że nic nie postanowi zrobić sobie z niego uczty. Marsz odgrywany w kiszkach Aleksandra w tych warunkach zapewne byłby słyszalny nawet na drugim końcu pomieszczenia.

– Jesteś głodny?- rzucił niby od niechcenia Leopold przez ramię.

– Mógłbym powiedzieć, ale chyba mój żołądek odzywa się za mnie.

Leopold klasnął w dłonie. Raz. Na stole ni stąd, ni zowąd pojawiło się mnóstwo wszelkiego jadła: od półmisków z warzywami i owocami, talerze pełne mięsiwa, po puchary pełne szlachetnego, czerwonego wina. Był tu nawet upieczony dzik. Aleksander poczuł, że jego ślinianki zaczęły pracować ponad miarę.

– Częstuj się, smacznego. Nie martw się, nie ma tu żadnych iluzji, to wszystko jest tak samo prawdziwe, jak… jak… hm… No, po prostu prawdziwe. Mało w dzisiejszych czasach dobrych porównań do „prawdziwości” czegoś. Może tak samo prawdziwe, jak moje słowa, o!

Nie wiedział, jak prawdziwe są słowa Leopolda. Wierzył, że bardzo. A jeśli tak bardzo, jak jabłko, które właśnie z apetytem jadł, to prawdziwszej prawdy być nie mogło.

Siedli przy stole i w milczeniu pożywiali się. Oboje. Leopold zagadnięty, czy też musi jeść odpowiedział, że „biesiadować można nawet, gdy nie jest się głodnym” i zamknął tym ten temat. Chętnie opowiadał o wszystkich obecnych tu dziwach i historiach, ale bardzo niechętnie zdradzał cokolwiek o sobie. Toast też wznieśli w ciszy.

– Co miałeś na myśli, mówiąc, że Lustro po prostu było?- kapitan zadał kolejne pytanie, gdy już uznał, że więcej nie zamierza jeść (gdyż co za dużo, to niezdrowo). Jadło i wino zniknęły niemal natychmiast nie pozostawiając ani jednego okruszka, ni kropelki.

– To, że Lustro jest czymś absolutnie niezwykłym. Nie jesteś świadomy, co zamierzasz odnaleźć. Zapomnij o nawet najpotężniejszych artefaktach, jakie stworzyli wasi uczeni i jakich odnaleźliście w najbardziej przesyconych magią ruinach. Lustro to zupełnie inna klasa. Wyższa. I jest jedyne na tym poziomie.

– Czym jest Lustro?

To pytanie było niczym tusz, w którym moczy się pieczęć. Powinno ono wstrząsnąć światem, zniszczyć Zasłonę i całkowicie rozbić istniejący porządek. Pieczęć nie została jeszcze przybita, ale była już gotowa. Leopold cały czas czekał na ten moment, na to konkretne pytanie. Poczuł się zwycięsko. Poczuł, że pociągnął za właściwy sznurek.

– Lustro…- powiedział powoli.- Nie da się powiedzieć, czym ono jest z całą pewnością. To… niby okno, które pokazuje to, co jest prawdziwe. Żadnych kłamstw, żadnych iluzji, żadnych subiektywnych uwarunkowań… Czysta, krystaliczna wizja.

Aleksander postukał rytmicznie o blat stołu. Nie był zadowolony z odpowiedzi. Lubił konkretne wyjaśnienia, abstrakcja była dla niego co prawda zrozumiała – przynajmniej w zakresie jak na abstrakcję możliwym do zrozumienia – ale już rzucanie samych ogólników było dla niego marnowaniem czasu. Dorzucił więc kolejne pytanie.

– Co ty ujrzałeś w Lustrze Dusz?

Leopolda to z pewnością zaskoczyło. Już otwierał usta do odruchowej odpowiedzi, ale błyskawicznie je zamknął, gdy zrozumiał, o co się rozchodzi. Ponownie zaczął bawić się wąsikiem. Wyglądał na zamyślonego.

– Nie chcę odpowiadać na to pytanie. To mnie rani.

Aleksander nic nie powiedział. Nie patrzał się na swojego rozmówcę. Patrzał się na swoje palce, które wciąż bębniły po stole rytmicznym stuk-stuk-stuk-stuk.

– Nie chcę o tym mówić, powtarzam. Po prostu Lustro pokazuje nam czysty, klarowny obraz tego, co jest… Co się dzieje, co się może stać, co kiedyś było… Wszystko, dosłownie wszystko…- mówił bardzo szybko, wręcz nerwowo.

– Dobrze, dobrze.- uspokoił go nieco kapitan.- W takim razie wytłumacz mi… co to za fresk?

Zmieszanie momentalnie zniknęło z twarzy Leopolda, zastąpił je szeroki uśmiech odsłaniający idealnie równe i białe zęby, jak na eleganta przystało. Podniósł dłoń i pstryknął palcami.

Wszędzie wokół kapitana Dreschela pojawiła się przestrzenna, ogromna wersja fresku. W którą stronę by się nie odwrócił, tam wciąż go widział. Wszystko, dokładnie, z najmniejszymi detalami. Złote tło unoszące się w powietrzu było niczym zaklęty był, postaci przedstawione wyglądały jak zjawy uchwycone w ruchu. Malowidło przedstawiało scenę, w której kilku z tej plugawej rasy mutantów goniło nagą ludzką kobietę z przerażoną twarzą tulącą do piersi niemowlaka.

– To Eve. Wy, ludzie, zapewnie nie znacie tej legendy, ale wśród Cuoholt historia ta była znana właściwie każdemu… Ludzka kobieta, Eve właśnie, porwana przez nich, by spłodzić im tego, który zniszczy was… Plan ten się nie powiódł. Z dwóch powodów. Po pierwsze, udało jej się jakimś niezwykłym cudem uciec. Po drugie… Urodziła dziecię, ale nie takie, jakie chcieli. Ale to długa historia, która ciebie zapewne nie interesuje…

– Dokładnie. Dziękuję, chciałem po prostu bliżej przyjrzeć się freskowi. Z pewnością o tym kiedyś poczytam.
– Oczytanyś jak na zawodowego zabójcę i żołnierza.- powiedział z lekką drwiną w głosie Leopold.
– Cóż, każdy ma jakieś wady.- westchnął Aleksander.- Na mnie czas.
– Wiem.
– Więc?
– Więc idź.

Aleksander powoli kiwnął głową. Poprawił wiszącą przy pasie szablę, narzucił pelerynę na ramię, gdyż nieco się zsunęła. Westchnął.
– Miła to była pogawędka, ale i tak nic nie wiem.
– Wiesz tyle, ile wiedzieć musisz. Nie idź tam. Zawróć, Nahurielu.

Nahuriel. Każdy człowiek ma dwa imiona: ludzkie i mistyczne. Różnią się tylko tym, że pierwszego używano na co dzień, a tego drugiego tylko przy ważnych świętach i uroczystościach. Wzywanie zbyt często imienia mistycznego używano za dyshonor.

– Dlaczego?- zapytał Nahuriel wstając z tronu.
– Bo spojrzysz w Lustro. Jestem absolutnie pewien, że w nie spojrzysz. Zapewne nie zrozumiałeś tego, co chciałem ci przez to wszystko powiedzieć i zrozumiesz nieprędko… Jeśli w ogóle. Choć…
– Choć?
– Może będzie lepiej jak jednak spojrzysz.

Aleksander po swojemu wzruszył ramionami.
– Nie to mi rozkazano, Leopoldzie. Mam tylko je odnaleźć. To wszystko.
– Jak uważasz. Bywaj, Nahurielu.
– Bywaj, Leopoldzie.

Po tych słowach strażnik Komnaty Kryształów rozpłynął się w powietrzu. A właściwie rozsypał, niczym nietrwała budowla z piasku na silnym wietrze. Niczym odległe wspomnienie.

KOMNATA KRYSZTAŁÓW – KONIEC PROLOGU

Cisza, która zapanowała w przeogromnej sali była ciężka i lepka, niczym ciemność w swej najmroczniejszej postaci. Z tym właśnie się ten brak jakichkolwiek dźwięków w pierwszej chwili Aleksandrowi skojarzył: z ciemnością i pustką. Zniknął Leopold, a kapitan znów pozostał absolutnie sam nie dość, że w tych mrocznych i tajemniczych pomieszczeniach, to jeszcze cały ten kompleks znajdował się w środku bardzo niebezpiecznej dziczy. Aleksander dopiero zdał sobie sprawę, jak bardzo odpowiadało mu towarzystwo tego dziwnego jegomościa: przez czas rozmowy, mimo, że jej niespecjalnie pragnął, czuł się dobrze. Nawet okazując niechęć. Teraz zaś… przeraźliwie samotnie. Zdał sobie sprawę, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma istoty, z którą pogawędzić nie można tylko mieczem.

Tak samo pomieszczenie wraz wydało się niesamowicie wrogie i nieprzychylne przybyszowi. Gdy jego pan odszedł, przestało być posłuszne świętemu prawu gościnności. Dreschel miał wrażenie, jakby wszystkie rzeźby wpatrywały się w niego. Wpatrywały spojrzeniem nienawiści rasowej, czystej pogardy i jednocześnie wyrzutu, że oni odeszli, a jego rasa śmie wciąż istnieć. Usiadł sobie z powrotem na tronie, założył nogę na nogę i począł rozmyślać.

– Czego to więc się dowiedziałem.- powiedział głośno sam do siebie chcąc zagłuszyć ciszę, która niemal go przerażała. Jakże to? Czego on się bał? Już nawet mniejsza czego. On się bał?- Oprócz położenia Zwierciadła i faktu, że praktycznie nie ruszę go z miejsca? Historyjki o jakichś potępieńcach, którzy stworzyli to miejsce.

Przeszył go dreszcz, gdy pomyślał, że kiedyś w tym miejscu pracowały te istoty wznosząc budowlę i kopiąc tunele.

– I najpierw, że nie mogę spojrzeć w to całe Lustro, a chwilę potem, że może i powinienem… Czemu mistycy zawsze mówią tak niezrozumiałym językiem? Tak komplikują proste sprawy i rzucają zagadkami na lewo i prawo…

Bo dotykają spraw zbyt dla nas, maluczkich, niezrozumiałych. Bo jestem za głupi, aby to zrozumieć. To proste. – dopowiedział sobie w myśli, bo jakoś nie śmiał powiedzieć tego na głos.

Spojrzał się w kierunku drzwi na drugim końcu komnaty. Tam, właśnie tam! Zdziwił się strasznie. Cały czas był zimnym profesjonalistą, działał spokojnie według planu. A teraz… był strzępkiem nerwów, denerwował się i serce podchodziło mu do gardła.

Posągi się wpatrywały. Nie odrywały wzroku. Jakby chciały go spopielić spojrzeniem.

– Do diabła!- krzyknął Aleksander gwałtownie zrywając się z siedzenia. Szybko zakrył usta dłonią świadom, że nie powinien wzywać w takim miejscu złego ducha. Oddychał głęboko pragnąc się uspokoić. Ponownie spojrzał na przejście prowadzące do jego przeznaczenia. Wielkim wysiłkiem woli, przełamując barierę niemal dziecinnego lęku postawił pierwszy krok. ledwo odrywając stopę od podłogi Następne były już automatyczne, szybkie i nerwowe, prawie biegł. Dopadł do drzwi nie zważając na nic, chwycił za klamki i pociągnął do siebie. Otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia, bez najmniejszego zgrzytu. Aleksander postawił jeszcze dwa kroki, zamarł podnosząc nogę do trzeciego. Zamarł niczym posąg, niczym jakaś siła obróciła go w kamień. Oczy zarejestrowały obraz dopiero po chwili, a zanim dotarło do niego co zobaczył minęła następna.

Drzwi pchnięte jakąś nieznaną siłą same cichutko i powoli, nieśmiało się zamknęły. Ale kapitan oddziału 6 dywizji XVIII nie zauważył tego. I nic w tym dziwnego.

Komnata Kryształów. W pierwszej chwili miał wrażenie, że znalazł się w nieograniczonej niczym przestrzeni pośród gwiazd i wrażenie to utrzymywało się tak długo, jak był odurzony tym niezwykłym widokiem. Wszędzie niemal idealna ciemność, a w oddali po prawej, lewej, nawet na górze znajdowały się świecące jasno punkty, jak właśnie w nocy przy bezchmurnym niebie. Kilka takich świateł dochodziło też spod poziomu podłogi, gdzieś w oddali po jego bokach. Te były jednak mocno przytępione i jakby rozmazane. Dopiero po jakimś czasie odzyskał władzę umysłu i począł zauważać, że to było wrażenie fałszywe. Co nie ujmowało piękna i swoistego mistycyzmu temu jakże niezwykłemu miejscu. Rzekome gwiazdy okazały się – jak zresztą podpowiadała nazwa nadana owej Komnacie – bijące mocnym światłem kryształy, które oświetlały idealnie czarną podłogę i ściany. Więc pomieszczenie wbrew trikowi optycznemu nie było nieskończone, ale i tak przeogromne, bo na podstawie nieco bliżej położonych kamieni szlachetnych Aleksander stwierdził, że są wielkości ręki dorosłego mężczyzny, a najbardziej odległe były jeno malutkimi punkcikami. Zaś czemu niektóre z nich, te położone jakby pod nim kawałek dalej są rozmazane, tego też wnet się dowiedział. Po obu stronach od wejścia nagle kończyła się wysadzana twardym gruntem trasa, a zaczynał się zbiornik wodny, na dnie którego pewnie też były kryształy. Był to niezwykły widok, który zapierał dech w piersiach, więcej nawet, całkowicie go odbierał. Do przodu więc prowadziła tylko niepewna, bardzo ciemna ścieżka, zaś otaczała ją woda. Aleksander doskonale wiedział czemu. Kto w końcu głównie tu rezydował?

Nieco niepewnym i chwiejącym się krokiem ruszył naprzód uważnie patrząc pod nogi. Nie chciał nagle wpaść w odmęty tego jeziora. Nie dość, że nie lubił wody, to nie wiadomo jeszcze, co tam takiego żyło. Bo coś mimo wszystko żyć mogło. Pod wodą nie ma miejsc, gdzie nie ma życia.

Choć miejsce przytłaczało swym ogromem, Aleksander nie czuł się zagubiony, przynajmniej w kontekście orientacji. Bowiem widział wcale nie aż tak daleko przed sobą sporych rozmiarów czerwony, prostokątny kształt oświetlany przez promienie kryształów, wręcz skupiający na sobie te światła. Szedł w jego stronę coraz szybciej i pewniej, jakby zapominając o niebezpieczeństwie, prawdziwym bądź urojonym. Tamten szkarłatny kształt miał wielką siłę przyciągania, magnetyzm.

Dotarł i stanął tuż, tuż.

Okazał się to być jakiś przedmiot
(jakiś?)
okryty szkarłatnym materiałem. Imponujący był fakt, że wysoki był na co najmniej trzy metry, a szeroki na półtorej.

To jest Lustro Dusz! Tak, to jest ono… Ukryte za królewską barwą…

Skupiony na swoich myślach nawet nie zauważył, że ręka sama mu się wyprostowała i chwyciła skraj materiału. Ocknął się migiem i zdziwiony cofnął ją natychmiast.

– Dobrze…- powiedział do siebie.- Wiem, gdzie Zwierciadło jest, teraz mogę się wycofać i zdać raport… Prawda?- zapytał się Komnaty.- Co miałem zrobić to zrobiłem…

Mimo to po głowie coraz bardziej chodził mu dziwny pomysł, tak, jak przewidywał Leopold. Majestat tego miejsca i niezwykłość tej… Rzeczy… Nie dawała mu spokoju. Prawda, krystaliczna Prawda. Czym była? Czym jest ten Przedmiot, tak dobrze ukryty przed światem? Że sam anioł za spojrzenie weń był skarany!

Zajrzyj, zajrzyj, zajrzyj! szeptały kryształy. Zdawać się mogło, że wszystkie światła skierowały na Zwierciadło i Aleksandra. A tymczasem ten nieustraszony weteran stał i drżał. Nie mógł uwierzyć, co się z nim dzieje.

– Niech się dzieje co się chce! Oby mnie czarty porwały!- krzyknął, złapał ponownie za skraj purpurowej zasłony i mocno pociągnął ściągając ją ze Zwierciadła.

Nie był w stanie zauważyć jak wyglądało. Nie zauważył, że szkło było jakby widmowe, błękitne jak najczystsza toń morska, przez którą można dno dojrzeć. Nie zauważył szczerozłotych, jaśniejących ram wysadzanych rubinami wielkimi jak zaciśnięte pięści i lśniącymi dumnie, szlachetnie, świadome swego piękna. Nie zauważył ledwo czytelnego napisu nad Lustrem.

Jedyne, co przykuło jego uwagę to to, co ujrzał jako odbicie.

Cofnął się o dwa kroki otwierając usta jak ryba. Oczy wybałuszył tak, że śmiało można było przypuszczać, iż zaraz mu z orbit wystrzelą. Na twarzy zrobił się bledszy, aniżeli płótno. Nogi stały się miękkie, po krótkich zmaganiach upadł na kolana nie mogąc oderwać wzroku od przerażającego wizerunku. Najwyższym wysiłkiem woli spojrzał się gdzieś w bok, w nieogarnięte mroki Komnaty. Wydawało mu się, że wszystko wokół wiruje, wygina się jak plastelina i stapia w jedno. Czerwony pot zrosił mu czoło. Poleciał do przodu uderzając twarzą o posadzkę jeszcze raz kątem oka spoglądając w Zwierciadło, ciało ponownie przeszył mu piorun najwyższego przerażenia i odrazy.

Co to jest, co to jest, co to jest, co to jest, co to jest…

Tylko te słowa uderzały niczym kule, gdy rykoszetują o pękającego ściany jego zdrowego – do tej pory – rozsądku. Wszystko przestało istnieć. Było tylko to, co było w Lustrze. Zwierciadło było niczym, to, co pokazało – wszystkim.

Każdy oddech palił płuca na popiół, każdy ruch kosztował ogromny ból. Leżał na idealnie czarnej podłodze. Wszystko przed oczami mu ciemniało, sam oddalał się w mrok.

Świat zniknął. On zniknął.

by Carl „Prometheus” Nerevan, szeregowy żołnierz Niewidzialnej Armii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *