Fantastyczne Opowieści

Jestem Łowcą, ty zaś Zwierzyną…
Autorstwa Saurona (Tajemnice Antagarichu)

Objaśnienia wstępne

Historia jest inspirowana uniwersum Legacy of Kain.

Nosgoth – fikcyjna kraina, w której Ludzie, Wampiry i nacja tajemniczych Hyldenów walczą o dominację nad światem.

Filary Nosgoth – wzniesione przez Starożytnych w czasie antycznej wojny, w której ci pierwsi pokonali i wygnali swoich wrogów, Hyldenów do wymiaru demonów. Hyldeni zostali tam wypaczeni, ale tuż przed swym odejściem rzucili na Starożytnych klątwę głodu krwi i nieśmiertelności. Wcześniej byli oni śmiertelni i płodni. Teraz są sterylni, a Filary wybierały w chwili narodzin, co sprowadziło do tego, że wybierały ludzi. Starożytni przemieniali ich w wampiry. Ludzie zbuntowali się i przejęli Filary. Zaczęli tępić Wampiry.

Zakon Sarafan – Sarafanie, zwani „Aniołami Światłości” zostali powołani, by wytępić całą rasę wampirów. Ich przywódcą był Malek Paladyn, Strażnik Filaru Konfliktu i członek Kręgu Dziewięciu.

Krąg Dziewięciu – Strażnicy Filarów, po buncie, to byli wyłącznie Ludzie. Było ich dziewięciu: Strażnicy Umysłu, Energii, Wymiaru, Stanu, Natury, Śmierci, Czasu, Konfliktu oraz najważniejszy Strażnik Równowagi. Każdy miał inne moce i możliwości.

Vorador – pierwszy wampir (jednak nie był Strażnikiem), śmiertelny wróg Maleka. Razem tworzą ciekawy duet śmiertelnych przeciwników.

Kain – główny bohater serii (która w końcu nazywa się Dziedzictwo Kaina, choć Raziel spełnia ważną rolę, ale w tym czasie się nie pojawia), wampir zamordowany przez bandytów i przywrócony do życia przez Mortaniusa, Strażnika Filaru Śmierci.

Moebius – stary Strażnik Filaru Czasu.

Zapraszam do lektury.

Zwyczajny dzień w Nosgoth. Słońce świeci, zaś ziemia wygląda wyjątkowo pięknie jak na tę porę roku. Piękny obraz sielanki psuła jedna rzecz… Właściwie to wiele rzeczy. Pośrodku wielkiej doliny działy się makabryczne rzeczy…

Już z daleka widać, jak rycerze w lśniących zbrojach kończą nabijanie na zaostrzone drewniane pale kolejnej setki ofiar. Tylko, że to nie były zwykłe ofiary. Tak samo zwykli nie byli kaci. Rycerze Najświętszego Zakonu Sarafan kończyli łowy nabiciem na pal ostatniego, setnego wampira spośród około tysiąca krwiopijców. W powietrzu czuć było smród potu, krwi i rozkładu. Słychać było krzyki i jęki wampirów, oraz hymny pochwalne Sarafan. Tysiąc to niewiele, ale zawsze coś, zaś ziemia była coraz bliższa uwolnienia od wampirzej „plagi”. Nabito na pal ostatniego. Rycerze zebrali się przed swoim kapitanem. To był zaprawiony w boju żołnierz. Jego twarz znaczyły liczne blizny. Największa przechodziła od prawego oka do połowy szyi. Pamiątka po pazurach potężnego wampira. Ubrany był w ciężką sarafańską zbroję. Wzorem Wielkiego Mistrza Maleka do hełmu przypinał skalpy swoich ofiar. Dał im krótką przemowę:

– Dobrze się spisaliśmy bracia. Cieszmy się, albowiem mamy swój skromny wkład w oczyszczanie świata. Gdy staniemy przed sądem Światłości, będziemy dumni ze swoich czynów, a nam to poczytają na dobre. Taka jest wola Światła.
– Zabijemy tych sukinsynów!- krzyknął jeden z rycerzy. Aż trząsł się, marząc o rzezi, jaką Zakon jeszcze urządzi wampirom.
– Pohamuj swoje emocje, bracie Marcusie.- odrzekł surowo kapitan. Masz prawo do radości, ale musisz też okazywać pokorę, tak jak my wszyscy. Mimo wszystko wampiry to niebezpieczni przeciwnicy, moje blizny to jeden z bardzo dobitnych dowodów.
– Jednak nie ujdą naszej sprawiedliwej krucjacie!- zakrzyknęli wszyscy chórem. Na chwałę Najświętszego Zakonu Sarafan!!! Za Mistrza Maleka Paladyna!!!

Tymczasem Strażnicy Kręgu Dziewięciu omawiali ważne sprawy przy dziwnym ołtarzu. Był okrągły, a otaczało go kilka świec. Na wodzie pojawił się obraz. Widać tam było wizję Sarafanów zabijających wampiry. Nie padło między nimi nawet jedno słowo, żaden dźwięk. To nie było konieczne. Strażnik Umysłu łączył telepatycznie swoich braci i siostry. Ktoś wyczulony na magię mógłby wyczuć wymianę myśli. Strażnik Energii, brodaty starszy człowiek, szybkim ruchem ręki rozproszył czar jasnowidzący. Wszyscy byli zgodni co do tego, że krucjata i inne sprawy postępują dobrze. Wyginięcie wampirów jest tylko kwestią czasu. Niedługo jedno z utrapień Kręgu będzie rozwiązanych, a na świecie zapanuje pokój. Bunt zapoczątkowany przez Moebiusa Rzeźbiarza Czasu i Mortaniusa Nekromanty zostanie zakończony. Chwilowo brakowało trzech Strażników. Moebius poprosił Maleka o pewną przysługę. Paladyn, będąc coś winnym starcowi w przeszłości, zgodził się. Mortanius miał sprawy do uporządkowania w swojej sferze. Powiedzieli, że przybędą później.

Nagle na środku sali stanęła dziwna postać. Była zbyt wysoka na człowieka, cała zielona i miała pazury zamiast rąk. Ubrana w drogi, szkarłatny i aż kapiący od ozdób strój szlachcica, sprawiała wielkie wrażenie. Sześciu Strażników stanęło jak wrytych. Strażnik Natury zdołał wykrztusić tylko dwa proste słowa:
– Kim jesteś?
– Waszą śmiercią!- wykrzyknął wampir Vorador. Nabił Strażnika na swój miecz. Resztę jego braci ogarnęła panika. Mogła ich ocalić tylko jedna osoba…
– Malek! – zakrzyknęła drobna, młoda kobieta z ogoloną głową.

Tymczasem Vorador zabił kolejnego Strażnika, kobietę: tym razem Stanu, strzelając w nią niebieskim promieniem.
– Malek! – Strażniczka Wymiaru, krzyknęła znowu. Vorador zauważył irytującą skazę i wyrzucił w jej kierunku Flay. Kobieta krzyczała, gdy ostrze obdzierało ją żywcem ze skóry. Na ziemię upadł krwawy, drgający szkielet.

Vorador zwrócił się do kolejnych ludzi. Strażnik Balansu wyglądał jakby już sam był trupem. Był blady jakby posypano go mąką. Usta mu drgały, a oczy prawie mu wyszły z orbit. Vorador napawał oczy jego psychiczną męką. W między czasie rozciął na pół Strażnika Umysłu. Ten nie rozbawił go. Strażnik Umysłu trzymał się twardo w ryzach i umarł z godnością. Wampir przeciął szyję opiekuna Balansu rozcinając tętnicę i kończąc jego żywot w widowiskowym gejzerze krwi.

Został tylko Strażnik Energii. Nie zamierzał poddać się bez walki. Miał władzę nad potęgą magii. Ten potwór nie mógł ujść karze za ten akt zuchwałości. Zebrał całą swoją moc Energii, rzucić czar, który spali stwora, ale wyrzucił z siebie tylko kolorowe iskry, które nie uczyniły szkody wampirowi. Mógł zrobić tylko jedno…
– MALEK!!!!!!!- Przez Twierdzę Sarafanów przeszło echo.
– Muhahahaahhaahha!- wampir zaśmiał się okrutnie, dziko, perwersyjnie. Wzywaj swoje psy! Mogą ucztować, na twoich zwłokach!

Starzec spróbował uciec. Nie udało mu się… Pocisk uformowany z krwi wampira przebił go na wylot. Życiodajna esencja zaczęła telekinetycznie wracać do Voradora napełniając go siłą. Uśmiechnął się z satysfakcją. Zapowiadała się łatwa przeprawa.

***

– Teraz Malek! Zamknij drzwi!- zawołał Moebius.

Paladyn szybko oddzielił się od dziwnego, niebieskiego demona. Stwór zdawał mu się dziwnie znajomy, ale nie potrafił rozpoznać go za wielkiego brązowego szalu z tajemniczym symbolem. Rzeźbiarz Czasu poprosił go o pomoc, więc mu pomógł, ale musiał się spieszyć. Krąg był w niebezpieczeństwie. Moebius nie pozwolił mu pobiec szybciej, chciał się temu sprzeciwić. Jednak dał słowo honoru, że mu pomoże. Nie mógł go zawieść.

– Teraz idź, spełnij swoją powinność.- Moebius uniósł do góry rękę. Masz moje błogosławieństwo.
Paladyn szybko pobiegł do Komnaty Przywołań. Wiedział, że ma mało czasu, ale musiał zdążyć. Biegł bez przerwy, chciał uratować Krąg. Gdy dotarł na miejsce, zobaczył, że było za późno. Jednak zabójca mógł być w pobliżu… Za plecami rycerza zmaterializowała się potworna istota. Uniosła miecz…
Vorador uderzył Maleka w hełm. Paladyn upadł na ziemię, ale zdążył się podnieść z nadludzką szybkością. Wykonał salto w powietrzu do tyłu i wykręcił młynka glewią.

– A więc żałosny człowieczku chcesz mnie powstrzymać?- zakrzyknął Vorador. Nie zdołasz mnie pokonać, jestem najstarszym wampirem. Wyglądasz jednak na kogoś lepszego od tego żałosnego bydła. Przekonajmy się, czy zdołasz mnie trafić!

Wyraźna pycha w głosie Voradora pokazywała jego pewność siebie. Czego miał się bać władca najbardziej dekadenckiego królestwa w Nosgoth ze strony jakiegoś tam rycerzyka. Malek Strażnik Konfliktu nie odezwał się ani słowem. Nie chciał marnować czasu na rozmowy z demonem. Zamierzał go zniszczyć.

Vorador rzucił się na Maleka. Paladyn zręcznie ustawił glewię. Odbił cios miecza Voradora. W odpowiedzi zamachnął się na wampira. Ten szybko odskoczył i sam uderzył. Znowu nic to nie dało. Paladyn był zbyt szybki i zręczny jak na zwykłego człowieka. Przez chwilę tak walczyli, nie mogąc przełamać obrony przeciwnika. Tymczasem furia w sercu Voradora narastała. On, najpotężniejsza istota w Nosgoth nie mogła pokonać głupiego człowieka? Sama myśl wywołała w nim wybuch gniewu, który szybko szukał ujścia.

Prędko rzucił czerwoną kulę w Maleka. Miała go obedrzeć ze skóry i mięsa, zostawić go powolnie umierającego w agonii, krwawego kościotrupa. Paladyn miał szybką reakcję i uskoczył przed Flay’em. W odpowiedzi wysłał niebieski pocisk. Vorador zamienił się w mgłę i uskoczył przed pociskiem. Ta zabawa zaczęła go niecierpliwić. A może to było kiełkujące uczucie strachu? Odezwał się Malek:
– Demonie, nie zdołasz pokonać potęgi Światłości! Ja będę wykonawcą bożej woli! Twoja godzina wybiła!
– Nadęty paniczyku! Myślisz, że to kres moich możliwości? Nauczę cię szacunku dla swojego prawdziwego pana!

Znowu starli się ze sobą, jak dwie fale przypływu. Dysząc do siebie nienawiścią i żądzą zwycięstwa, próbowali przełamać impas. Znowu nieskutecznie przeprowadzony atak. Znowu wymiana czarów. Nie potrafili się pokonać. Walczyli długo, nikt nie zamierzał ustąpić. Paladyn dyszał, tak długa walka była sporym wysiłkiem, ale radził sobie doskonale. Vorador sapał, biorąc kolejne hausty powietrza. Nagle Malek wykonał zwód i znienacka pchnął glewią. Ostrze skaleczyło Voradora w policzek, gdyby nie szybkość uniku, to by cierpiał z powodu przeciętej połowy twarzy. Wampir za to spróbował szybko wypatroszyć rycerza. Paladyn odsunął się na bok, a ostrze minęło go o sporą odległość. Vorador nagle zaśmiał się, nie zważając na ciągle trwający bój:
– Buhahhaahaa! Możemy tak walczyć przez całą wieczność! A ja jestem nieśmiertelny!
– Pyszny wampirze! Wszak nie wiesz, że jestem Strażnikiem Konfliktu! Zabiłeś moich braci i siostry. Zapłacisz nam za to. Jesteście skazą na twarzy Nosgoth. Jesteście potępieni! Wasza jedyna nadzieja na ocalenie duszy, to oczyszczająca śmierć!
– Nie będziesz mi prawił kazań, kapłanie! Poprzysiągłem śmierć wszystkim Strażnikom, a więc tobie również!- Vorador uśmiechał się mściwie. Już niedługo porozmawiasz osobiście ze swoją Światłością, czy w co tam wierzysz. Odmów rachunek sumienia…

Rozwścieczony Malek zaatakował Voradora. Wampir łatwo zablokował trzy cięcia Maleka i szybko zaatakował zadając dwa błyskawiczne ciosy. Paladyn zablokował je bez większych problemów. Stanął przed Voradorem, czekając na reakcję wampira. Ten tylko na to czekał, chwilę przerwy i czas na czar. Przywołał dziwną zieloną kulę. Rzucił ją w kierunku atakującego właśnie Paladyna. Trafił w samą pierś. Rycerz upadł z jękiem, jakby wyczerpany, nie był w stanie wstać. Ciało mu odmawiało posłuszeństwa. Klęczał zdany na wątpliwą łaskę wampira. Vorador stanął nad nim triumfalnie.
– Powinienem cię zabić… Ale tego nie zrobię. Będziesz żyć, ze świadomością, że zawiodłeś. To będą twoje psychiczne cierpienia. Nie wątpię, że nie ostatnie. Tymczasem żegnaj…

Vorador ulotnił się z mrocznym, perwersyjnym śmiechem. Malek opuścił zrezygnowany głowę. Zawiódł…

***

Mroczna postać wkroczyła do zimnego wnętrza. Rozglądnęła się uważnie. Sprawiała wrażenie szukającej czegoś, jednak nie mogła tego znaleźć. Pomieszczenia mrocznego zamku nie zawierały żadnych ozdób. Były surowe, zawierały w sobie tajemnicę, napawały niemożliwym do opisania lękiem. Jednak na przybyszu nie zrobiło to większego wrażenia.

Zwiedzając kolejne pomieszczenia zauważył tron. Siedział na nim szkielet w koronie. Zwisały na nim strzępy bogatych niegdyś ubrań. Szkielet uśmiechał się do niego, ale to był uśmiech Śmierci. Wzywała go do siebie, zastanawiała się, dlaczego przybysz ciągle żyje. Powód był prosty, a jednocześnie skomplikowany.

Kain patrzył z obrzydzeniem na ciało, jednocześnie cieszył się w duchu, że nie podzielił losu tego nieszczęśnika. Nic dziwnego. Był wampirem. Zamordowany przez bandę rabusiów, dostał ofertę powrotu do świata żywych. Przyjął ją bez wahania. Dzięki Mortaniusowi oszukał śmierć.

Teraz wampir patrzył z mściwą satysfakcją na kościotrupa:
– Chciałbyś być na moim miejscu, prawda? Jednak śmiejesz się do mnie złośliwie. Czyli śmierć dałaby ci większe ukojenie niż mój stan?- wyszeptał Kain.- Jednak parodia życia jest ciągle życiem… W przeciwieństwie do ciebie.

Krocząc dalej przez mroczne korytarze, Kain czuł głód. Jego oczy pragnęły kontrastu, zaś gardło bolało z braku krwi. Tak, Bastion Maleka jest niegościnnym, wrogim miejscem. Został umieszczony w zimowym krajobrazie, na szczycie, wokół szalejącego zimna. Lokacja była doskonała. Śnieg był jednak wodą, co parzyło wampiry, mróz dokuczał, łatwo było się zgubić, zaś brak pożywienia skutecznie odstraszały wszelkich krwiopijców do prób najazdu na siedzibę znienawidzonego Maleka. Oprócz tego odstraszała ich reputacja łowcy wampirów. Wszystkie te czynniki złożyły się na doskonałą barierę. Żaden wampir, który przybył do Bastionu, już nie powrócił…

Kain przekonał się czemu.

Nagle stanęło mu na drodze trzech rycerzy. Dwóch miało glewie, trzeci miecz. Każdy ubrany w potężną, sarafańską zbroję. Po dokładniejszej obserwacji, Kain zobaczył, że nie mają ciała. Niewidzialna siła łączyła elementy zbroi i pozwalała dzierżyć broń. W miejsce oczu rycerze mieli dziwne, świecące się na żółto punkty. To były dusze Sarafan, przyspawane do ich zbroi. Z pewnością wypełniał je fanatyzm, pielęgnowany jeszcze za życia.
– Wampir! Wdarł się do Bastionu, zniszczyć go!- rozkazała zbroja z mieczem.
– Zatem podejdźcie i posmakujcie mego miecza. Czas was złożyć do grobu, z którego ja wyszedłem. – odrzekł Kain.

Stoczyli bitwę. Najpierw rzucili się Sarafanie z glewiami. Zamachnęli się na Kaina. Wampir uniknął obu ciosów. Odpowiedział serią cięć. Sarafanie zręcznie ustawili glewie i zablokowali ciosy wampira. Ich ataki były niezwykle szybkie. Wygląda na to, że śmierć pozwoliła im na zwiększenie swoich umiejętności. Kain spróbował innej sztuczki. Wykonał zamaszyste cięcie mieczem Serioli, które Sarafan z glewią spróbował zablokować. Jednak w ostatniej chwili, wampir zmienił kąt uderzenia. Ostrze trafiło na miejsce, gdzie powinna znajdować się prawa pierś rycerza. Trysnęła niebieska posoka. Zbroja zatoczyła się do tyłu. Kain ruszył do przodu zasypując ją gradem błyskawicznych ciosów. Sarafan zablokował dwa cięcia, uniknął kolejnego, skontrował czwarte, ale ostatnie dwa dokończyły dzieła.

Pozostali rycerze skoczyli pomścić kompana. Wampir kopnął drugiego wojownika z glewią, przewracając go i wyłączając na chwilę z gry. Zbroja z mieczem natarła. Rozpoczął się fechtunek. Sarafan wykonywał szybkie, zwodnicze cięcia. Kain, za życia zdolny fechmistrz, znał się na sztuce pozorowanych cięć, ale bardziej odpowiadało mu parcie do przodu i zwykłe zabijanie. Nie zdążył zablokować cięcia Sarafana, które wyprowadził na pierś wampira. Krwiopijca mógł co najwyżej przesunąć na lewe ramię. Ostrze weszło płytko w ciało. Kain krzyknął, bardziej ze wściekłości niż z bólu i walczył dalej. Sarafan wykonał cięcie z półobrotu, które miało odciąć głowę. Kain schylił się i wystrzelił do przodu. Spróbował znaleźć słaby punkt w obronie przeciwnika. Nie znalazł. Cięcie Kaina zostało z łatwością odbite. Rycerz spróbował wypatroszyć wampira serią błyskawicznych wymachów bronią. Kain uniknął ataku i zaryzykował cięcie na odsłonięte gardło. Ryzyko się opłaciło. Zbroja padła na ziemię, tryskając niebieską krwią. Zanim zdążyła wstać, wampir szybko dobił ją mieczem.

Odwrócił się do ostatniego przeciwnika. Sarafan z glewią natarł. Jego okrzyk wydawał się odległy, jakby z innego świata. Kain uniknął silnych, potężnych ciosów, wyprowadzając własne szybkie cięcia. Zmusił Sarafana do szybkiej wymiany ciosów. Glewia kiepsko się nadawała do fechtunku. Jednak żywa zbroja nie zna zmęczenia. To martwiło Kaina, który sam mógł się zmęczyć, mimo wszystko czekał na błąd przeciwnika.

Po chwili trafiła się szansa. Sarafan wziął zbyt szerokie cięcie, odsłaniając prawy bok. Kain błyskawicznie zaatakował. Gdyby mu się nie udało, ostrze przecięłoby go w pół. Jednak tak się nie stało dzięki sprawnej pracy nóg krwiopijcy. Ostrze Serioli wbiło się w bok zbroi. Kolejne cięcia trafiły ją w pierś i szyję. Kain spróbował wypić niebieską krew. Poczuł, że jego zasoby energii magicznej zostały odnowione. Poszedł dalej…

Zwiedzając kolejne korytarze, zachowywał znacznie większą ostrożność. Zbroje były bardzo niebezpieczne, możliwe, że posługiwały się tajemną magią. Nie zamierzał tego sprawdzać na własnej skórze. Jednak nagle usłyszał głos, rozlegający się echem po całym zamku, jakby mówiły do niego ściany:
– Wiem, że tu jesteś demonie. Trzyma się ciebie smród śmierci… Muszę cię ostrzec. Moi wojownicy są ledwie cieniem mych zdolności, dziecko…

Niezrażony Kain podążał dalej. Nie bał się, w jego opinii głupich pogróżek. Szukał Maleka, nie przyszedł tu rozmawiać ze ścianą. Czuł, że jest blisko, podążał dalej…

***

Malek Strażnik Konfliktu czekał spokojnie na przybycie nieproszonego gościa. Sprawdził wygląd swojej zbroi i stan oręża. Uznał, że są w doskonałym stanie. Jego zbroja świeciła się złotymi runami napisanymi w tajemniczym języku. To były różne bariery i osłony, które pomagały Malekowi w walce. Jego nowa forma dawała mu nowe możliwości, za co jednak zapłacił utratę ludzkiej powłoki. Na wspomnienie imienia Mortanius czy Moebius, czuł wzbierający gniew. Chciałby ich zabić, ale nie był w stanie przełamać zaklęć spętania, zmuszających go do służby. Nie był w stanie przełamać… jeszcze…

Za to Vorador, prastary wampir, był jak najbardziej w stanie do zabicia. Niestety, Paladyn nie był w stanie odkryć jego kryjówki. Zatem Malek zajął się badaniami, tworzeniem zbroi i pielęgnowaniem nienawiści do trójcy, która doprowadziła do jego upadku.

Tworzenie zbroi było kolejnym aspektem życia Maleka. Paladyn tęsknił za swoimi kompanami, dlatego przywoływał ich dusze i łączył ze sarafańskimi zbrojami. Zamierzał kiedyś odtwarzać ludzkie ciała. Mimo wszystko jedna rzecz pozostawała zastanawiająca. Czy szaleństwo, które opanowało Krąg Dziewięciu objawiało się u Maleka tworzeniem zbroi? Strażnik Konfliktu z pewnością nie zamierzał tego wyjaśniać.

Nagle rozległo się łupanie do wielkich mosiężnych drzwi. Po chwili otworzyły się i rozwarły. Ukazał się w nich Kain, ściskający w ręku miecz Serioli. Na twarzy miał zacięty wyraz twarzy.
– Nareszcie się spotykamy, Maleku. Oto twoje przeznaczenie.- Kain uniósł do góry rękę z mieczem.- Czas byś je bliżej poznał.
– Masz nadzieję mnie pokonać, Kainie? Nie obawiaj się. Twoje wyzwanie nie pozostanie bez odpowiedzi.- Malek wyjmował powoli glewię.
– Uważasz się za lepszego? Przekonamy się, czy naprawdę jesteś taki silny.-odrzekł Kain.

Malek się zaśmiał.
– Twe nieżycie nie czyni cię nieśmiertelnym, wampirze.
– Nie bądź taki pewny siebie! Spójrz, jesteś tylko kupą chodzącej blachy. Śmierć będzie dla ciebie wyzwoleniem. Ułatw mi pracę.- krzyknął Kain.
– Wystawiasz mą cierpliwość na próbę, młodziku. Chciałbyś w zamian popróbować mego miecza?- oczy Maleka zwęziły się, uśmiechał się złowieszczo, wyrażał groźbę.- Tymczasem nieczęsto zdarza się człowiekowi oglądać własne zwłoki, otrzeźwiające doświadczenie. Ale mniej jestem zainteresowany własnymi zwłokami, aniżeli twoimi. Przygotuj się, wampirze!

***

Starli się ze sobą w wielkim pomieszczeniu, otoczonym zbrojami i nieco bardziej bogatym. Pośrodku leżał czerwony, haftowany złotymi nićmi dywan. Po bokach dywanu stały puste zbroje. Zapewne nie użyte przez Maleka, lub pozostawione do ozdoby. Miały stać się świadkami bitwy.

Walka była zaciekła i brutalna.

Pierwszy uderzył Kain. Zaczął od serii błyskawicznych ciosów. Malek blokował je bez żadnych problemów. Jego kontrataki sprawiały wampirowi wiele kłopotów. Starał się ich unikać, ale zwykle chował się za mieczem. Kain szybko przestał lekceważyć przeciwnika. Pojedynek wymagał najwyższego skupienia. Wiedział, że nawet najmniejszy błąd może doprowadzić go do zguby. Spojrzał na hełm Maleka. Powiewały na nim skalpy wampirów. Myśl o dołączeniu do kolekcji dodała Kainowi sił. Jego ataki stały się silniejsze i szybsze. Malek uśmiechnął się w czasie walki. Dawno nie spotkał dobrego przeciwnika. Paladyn zamachnął się dwa razy glewią, a za trzecim razem pchnął. Kain otrzymał płytki cios w lewy bok. Miał szczęście. Malek poszedł za ciosem i kontynuował natarcie. Kain ledwo uniknął cięć Paladyna. Odskoczył i pospiesznie uporządkował obronę. Tymczasem Malek parł niestrudzenie, korzystając z osłabienia Kaina. Wampir wystrzelił w jego stronę kilka pocisków. Strażnik uniknął trzech, a czwarty przyjął na pancerz. Błysła jedna z run. Nie pozostała nawet rysa po uderzeniu.

Kain spróbował czegoś innego. Szybko przywołał barierę, która chroniła przed uszkodzeniami. Wampir natarł na Maleka. Paladyn przyjął postawę obronną i spokojnie blokował ciosy. Nie zamierzał narażać się na niebezpieczeństwo. Wiedział, że bariera się wyczerpie. Kain rzucił się do przodu. Chroniony, nie musiał przejmować się obroną. Skupił się na przełamaniu gardy Maleka. Krwiopijca atakował przy użyciu czystej siły, zwiększonej przez wampiryzm.

Malek spokojnie zablokował jeden cios, uniknął drugiego, następnie ustawił zręcznie glewię poziomo i wykonał zamaszyste cięcie. Bariera zamigotała i zgasła. Ostrze trafiło w ciało wampira, co spowodowało wytrysk krwi wampira. Kain krzyknął, ale nie dał się zdekoncentrować. Szybko zablokował kolejny atak i spróbował kopnąć żywą zbroję. Malek zatoczył się, ale nie upadł. Jednak Kain zdążył zyskać cenne ułamki sekund. Zastosował swoją najbardziej zabójczą technikę. Zaczął od pionowego cięcia od dołu do góry. Paladyn szybko zablokował je glewią. Następny atak Kain wyprowadził na odsłonięte prawe ramię rycerza, potem szybko skierował ostrze na odsłoniętą pierś. Włożył w to uderzenie całą siłę i wściekłość. Trafienie spowodowało neutralizację wiązań spajających elementy zbroi Maleka. Paladyn upadł na ziemię, rozsypując się na wiele elementów.

Kain stanął nad szczątkami. Wampir dyszał i charczał, krwawiąc z kilku ran i będąc wyczerpanym po bitwie. Za to przepełniała go duma i pycha z powodu zwycięstwa nad obrońcą Kręgu. Zadarł głowę do góry. Otworzył usta.
– Vae Vic… CO?
– Zdziwiony, wampirze?- zapytał Malek. Stał spokojnie przed Kainem, ściskając w ręce glewię. Na pancerzu nie było ani jednej rysy. Wyglądało na to, że długa walka nie zrobiła na Paladynie żadnego wrażenia.- Ty demoni pomiocie, ty kreaturo. Przychodzisz do mojego domu, by mnie zabić. Nie, to miejsce stanie się twoim grobem!- Maleka opanowała wściekłość.

Zanim Kain zdążył przemówić, Malek ciął wampira w brzuch. Trysnęła krew, zaś kolejne cięcia przyniosły podobny skutek. Kain rozpaczliwie uchylał się i blokował ciosy, ale Paladyn sprawiał wrażenie wzmocnionego po chwilowej porażce. A może to Kain był taki słaby po walce…

Wampir odbił cięcie skierowane na szyję i pchnął w lewe ramię rycerza. Miecz odbił się od pancerza. Kain szybko skierował ostrze na hełm Maleka, ale cios został natychmiast zablokowany. Paladyn odsunął się, klęknął i wystrzelił trzy pociski, z których dwa trafiły ramiona wampira. Trzeci spudłował. Na zakończenie Malek wstał, ustawił glewię poziomo i wysłał błękitną, potężną falę uderzeniową, która pustoszyła wszystko na swej drodze.

Kain rzucił się do ucieczki. Potykając i zataczając się, uciekał do portalu, który znajdował się na końcu sali. Fala podążała niestrudzenie za wampirem, stopniowo go doganiając. Kain czuł ból mięśni, był nie do zniesienia. Padł na ziemię kilka metrów od portalu. Zdołał jednak wykrzesać z siebie tyle sił, że szybko wskoczył do środka. Portal zamigotał i zgasł. Krótki rozbłysk światła. Kain zniknął.

W ciszy która zapadła, Malek schował glewię. Jego żółte oczy rozbłysły w ciemności.
– To jeszcze nie koniec, Kain. Spotkamy się ponownie, a wtedy nie zdołasz uciec…

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *