Czas Chaosu - powieść fantasy

Czas Chaosu
pióra Mathiasa
(#11)

Rozdział IV

Dolina Moriende należała do najpiękniejszych krain tej części kontynentu. Zielona, porośnięta bujnie różnorakimi gatunkami traw, krzewów, drzew stanowiła dom dla wielu mniej lub bardziej pospolitych gryzoni, owadów, a także saren, bobrów czy ptaków. Największymi drapieżcami w tym rejonie były wielkie na kilka metrów i ciężkie jak tuzin chłopa pandziedzie – gady o ogromnych kłach, zielono-brunatnej łusce, wyglądem nieco przypominające szablozębne tygrysy w wersji jaszczurzej.

Wspomnieć należy także o specyficznym gatunku morijskich wiewórek – czarnych jak smoła, wyjątkowo pięknych, ale też śmiertelnie niebezpiecznych. Prawdopodobnie są efektem pewnego staroporządkowego eksperymentu mieszkających tu niegdyś druidów Paandu, których największe marzenie stanowiło stworzenie takiej mutacji (zwanej przez nich nieco myląco gelstruth, czyli przemienienie), która dawałaby odporność na wszelkie asen terth, a więc zewnętrzne udręki. Chodziło głównie o ochronę przed chorobami, infekcjami i zakażeniami, z którymi magia nie zawsze była w stanie sobie poradzić, a medycyna w czasach Paandu dopiero raczkowała. Swoje mikstury i wyroby alchemiczne testowali naturalnie na przedstawicielach okolicznej fauny. Pod tym względem świat nigdy się nie zmieni – silniejszy wykorzystuje słabszego; człowiek aż za często zapomina, iż przewaga rozumowa nad zwierzętami nie jest prawem podłości, lecz obowiązkiem opieki.

Większość owych doświadczeń kończyła się śmiercią pacjentów, ale niektóre przyniosły pewne rezultaty, choć nie zawsze zgodne z planem. Tak stało się najpewniej w przypadku grupy wiewiórek, które nafaszerowane specyfikiem niejakiego Ulricka zmieniły kolor sierści i zyskały niesamowitą wręcz odporność na bakterie i wirusy. Autor mutacji nie zdołał jednak ogłosić wyników badań. W wyniku kontaktu z wiewiórkami jego ciało również zaczęło czernieć, jednak towarzyszyło temu nie wzmocnienie odporności, lecz skrajne wysuszenie, a następnie obumieranie kolejnych tkanek organizmu. Po kilku dniach przerażającej choroby druid wyzionął ducha, natomiast zwierzątka uciekły do lasów Moriende, niosąc za sobą, ujmując to nieco patetycznie, śmierć i zniszczenie. Z czasem tutejsza roślinność nabrała odporności na truciznę wydzielaną skórnie przez czarne wiewiórki, jednak dla ludzi, krasnoludów, większości zwierząt, a nawet elfów jest ona wciąż letalna. Na całe szczęście gelstruth ograniczyło płodność tych ssaków: samice podczas porodu zawsze umierają, w związku z czym wydają one potomstwo tylko raz w życiu. Gdyby nie ten efekt uboczny, wiewiórki morijske stanowiłyby poważne zagrożenie dla równowagi przyrodniczej oraz mieszkańców Doliny.

W tej stosunkowo dziewiczej krainie wszelkie społeczności, głównie ludzkie (choć zdarzają się również osady krasnoludzkie, bazy leśnych elfów czy tabory gnollów i goblinów mulistych) żyją w małych, zamkniętych acz dobrze zorganizowanych skupiskach. Największe miasto – siedziba gubernatora prowincji Moriende – to raptem kilkutysięczne Balsom, położone na lewym brzegu rzeki, aktualnie okupowanym przez siły barbarzyńców. Osadnictwo utrudnia paradoksalnie największy walor regionu – czyli bogaty ekosystem, a także – co warto zauważyć – częste wylewy rzeki, całkowicie nieprzewidywalne (co uniemożliwia ich wykorzystanie na przykład w rolnictwie), a zarazem bardzo obfite (co z kolei sprzyja rozrostowi roślin bagiennych takich jak przegrzmot i wyjadnica – toksycznych i trudnych do wytępienia).

Świt jest tu szczególnie piękny: przyroda budzi się do życia, ptasie trele rozbrzmiewa w każdym niemal zakamarku lasów, pszczoły rozpoczynają swe prace na łąkach, a czerwonoskóre węże sasselt opuszczają legowiska na rzecz głazów i wystawiają swe łuski na życiodajne działanie promieni słonecznych. Istnym rajem dla każdego poety poszukującego natchnienia byłoby znaleźć się tu teraz i ułożyć ekstatyczny poemat dający upust zachwytowi nad pięknem natury.

Któż by pomyślał, że tak spokojna i nienaznaczona piętnem cywilizacji ziemia stanie się tłem zupełnie innych gatunków literackich: mobilizującego tyrteizmu, krwawej ballady, żałobnej pieśni? Tutaj bowiem stanowiska wojskowe rozlokowali żołnierze generała Mariusza ze sławetnego rodu Gryfów, od dziesięcioleci służących wiernie pod sztandarami Imperium. Po drugiej stronie rzeki obozowiska rozbiły pokaźne siły barbarzyńców, które tylko oczekiwały na rozkaz walecznego króla Boraka do ataku. Nie byłoby łatwym zadaniem wskazać faworyta tego starcia, ale jedną rzecz można uznać za pewną – gleba Doliny Moriende w ciągu najbliższych dni przyjmie więcej krwi niż kiedykolwiek wcześniej.

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *