Czas Chaosu - powieść fantasy

Czas Chaosu
pióra Mathiasa
(#6)

Zaraz po raporcie Marinusa postawiono armię w stan gotowości. Po kilkudziesięciu minutach ciemna chmara pojawiła się na widnokręgu i rosła z każdą sekundą. Na pierwszy rzut oka widać było, że Fröm dysponuje wielokrotnie liczniejszymi oddziałami. Lecz to nie wzbudziło nawet cienia niepokoju w sercach rycerzy imperialnych. Byli pewni zwycięstwa. Wódz jak zwykle ma plan.

I rzeczywiście, Richard już od dawna miał przygotowaną strategię na tę bitwę. Wiele ryzykował, ponieważ dokonał kilku założeń, które zweryfikował dopiero meldunek szeregowego Marinusa. Na szczęście dobrze oszacował liczebność i skład armii nieprzyjaciela. Brak kościanych smoków czy zatrutych wiwern ułatwiał zadanie, gdyż żołnierzom nie groził atak z powietrza. Ponadto siły nieumarłych przybywały ze strony, od której panują wprost wyśmienite warunki do obrony. Niemałe wzniesienie uniemożliwia martwiakom skuteczny szturm i zalanie pozycji ludzi całym dostępnym arsenałem. Jest ono zarazem na tyle łagodne, że wojsko mogło zająć na nim miejsca w kilku szeregach i wzajemnie się osłaniać. Przejęte stanowiska nieumarłych na wzgórkach zajęli strzelcy: głównie łucznicy, do tego kilka grup kuszników oraz elfów z prowincji Farelis położonej na południowym zachodzie kraju.

Dalsze rozmieszczenie armii mogło zaskakiwać. W pierwszym szeregu pojawiły się najliczniejsze oddziały pikinierów. Za nimi na wysokości pierwszych stanowisk strzeleckich ustawili się miecznicy, pałkarze, piesi rycerze. Dopiero w trzecim szeregu znaleźli się topornicy, którzy wraz z halabardnikami osłaniali ostatnie zgrupowania łuczników. Na końcu Richard ulokował kawalerię oraz gwardię paladynów, której to przewodził osobiście. Naturalnie, siły Imperium posiadały ponadto wsparcie magiczne. Czarodzieje na usługach generała specjalizowali się głównie w zaklęciach medycznych oraz wspomagających odporność czy szybkość wojowników, jednak w razie potrzeby mogli na przykład porazić przeciwników Błyskiem bądź zesłać nagłą korozję na ich pancerze.

Fröm jako rozsądny strateg zdecydował się na tak zwany wariant szarpany, czyli stopniowe wysyłanie do ataku i wycofywanie kolejnych oddziałów do momentu znaczniejszego osłabienia swych konkurentów z placu boju.

W pierwszej kolejności ruszyła trupia konnica. Potężni rycerze Śmierci, Chaosu, Rozpaczy. Nie byli zbyt zwinni ani szybcy, jednak ich ciężkie, ostre miecze wypruły już flaki ogromnej liczbie śmiałków, a pancerze ze stali pochodzącej ze Wschodniego Cesarstwa Darthnings (tam znajdowała się wielka aglomeracja górnicza, hutnicza i płatnerska) były praktycznie nie do przebicie przez zwykłe strzały z odległości większej niż parę metrów. Stąd też Richard w momencie szarży kawalerii nieumarłych przedstawił adiutantowi następujące instrukcje:

– Przekazać do wszystkich gniazd, aby wstrzymały się z ostrzałem. Amunicja jeszcze będzie potrzebna.

– Tak jest, generale!

Po czym rozkazał kolejnym posłańcom:

– Pikinierzy niech przebiją pierwszy rzut, po czym zrobią tunel. Wariant Gardła.

Kilkudziesięciotysięczna formacja czarnych przyłbic i czerwonych par ślepi spoglądających spod nich rzuciła się z całym impetem na pierwszy szereg. W warunkach wyrównanych sił Fröm zapewne nie posłałby konnicy wprost na piki i lance. Teraz jednak spodziewał się łatwego zwycięstwa z racji swej znacznej przewagi i nie liczył się ze stratami. Zresztą armie martwiaków mają to do siebie, że regenerują się niskim kosztem, szczególnie w warunkach wojennej podaży.

Pikinierzy na rozkaz podnieśli broń i skierowali w nieprzyjaciół. Pierwsza fala rycerzy śmierci wpadła w tak zastawione sidła i poległa. Część z nich zdołała ściąć piki swymi mieczami, jednak większość została zraniona – można by rzecz z ironią – śmiertelnie. Ten manewr imperialny odrzucił do tyłu szarżujących kawalerzystów, a swą sprawnością zaskoczył nawet samego Fröma, który jednak niezniechęcony wydał rozkaz drugiego podejścia. Tym razem pikinierzy padali jeden po drugim, oczywiście uprzednio zadać co najmniej poważny cios któremuś ze swych pogromców.

Zanim jednak walka przerodziła się w rzeź, żołnierze ludzi rozpierzchli się i w popłochu pędzili do lewej i prawej flanki. Droga ku pierwszym gniazdom strzeleckim stała otworem. Fröm wysłał do walki pułk złożony ze szkieletów łuczników, kościanych bojowników i zombiaków. Upiorni rycerze zaś ruszyli ku drugiej linii.

Było wyjątkowo błędnym posunięciem sądzić, że którykolwiek z żołnierzy generała Richarda ucieknie z pola walki, a co dopiero tysiące na raz! Dowódca nieumarłych wyraźnie nie doceniał swego młodszego rywala.

– Wykonać Słoik – nakazał przez posłańca Richard.

Żołnierze drugiej linii przesunęli się na boki, tworząc szyki bojowe przed stanowiskami łuczników. W ten sposób zrobili miejsce dotąd skrytym w głębi trzeciego półpierścienia halabardnikom i topornikom. Żołnierze Darthnings znaleźli się w pułapce, zamknięci w Słoiku, w którym wkrótce skończy się dla nich powietrze.

Nastąpił atak z trzech stron na kawalerię wroga. Jej odwrót był bezcelowy, gdyż na pole bitwy powrócili rzekomi uciekinierzy, uzbrojeni w bardziej poręczne od pik miecze, sztylety, kordy, cepy. Rzucili się oni na pułk wysłany do walki w trakcie realizacji wariantu Tunel i praktycznie miażdżyli umarlaków. Do walki włączyły się oddziały dystansowe Imperium, dziesiątkując kościane szeregi.

Mroczni rycerze naturalnie zeszli z koni, gdyż inaczej nie byliby w stanie zdziałać czegokolwiek w klinczu, w jakim się znaleźli. Jednak wojska imperialne, silnie umotywowane i wspomagane błogosławieństwami magicznymi, siekły niemiłosiernie, często nie dopuszczając przeciwników nawet do użycia broni.

Valrock rzecz jasna nie czekał, aż jego pułk oraz większa część konnicy, którą dysponował, stanie się przeszłością. Wysłał do walki kolejne cztery dywizje piechoty oraz dwie łucznicze. Zmusił w ten sposób lekkozbrojnych Richarda do cofnięcia się, czym umożliwił ostrzał gniazd oraz linii mieczników.

W tym momencie generał Richard wysłał do walki swoją kawalerię, dotąd pozostawioną w odwodach. Szarża czempionów była w stanie stratować wszystko po drodze, dlatego ściągnięto pikinierów z jej drogi.

Siła uderzenia była tak wielka, że wiele szkieletów po prostu się rozsypało, a ożywieńcom poodpadały kończyny. Kawalerzyści dokonywali pogromu na polu bitwy. Dzięki szybkości i świetnemu opancerzeniu nie ponieśli żadnych większych obrażeń od strzał szkieletów. Zombiaki i kościani wojownicy usiłowali trafić ich mieczami, tasakami, w desperacji nawet kamieniami… Na próżno, brakowało im refleksu czy siły. Niektóre kreatury usiłowały podciąć kopyta koniom, jednak spotkało ich jedynie stratowanie. Fröm bezskutecznie zalewał czempionów kolejnymi oddziałami pomniejszych nieumarłych – rosły jedynie stosy kości i zgniłego mięsa na równinie nad wzniesieniem, skąd łucznicy i kusznicy imperialni zsyłali na przeciwników grady strzał.

Rozumny generał Richard wiedział jednak, że jego rywal nie skorzystał jeszcze ze swych najmocniejszych kart i zbliżała się decydująca faza bitwy. Nakazał odwrót kawalerii i wstrzymanie ognia strzelcom. Pozostali jego ludzie już zrobili porządek z wrogiem zamkniętym w Słoiku. Richard nakazał zgrupować się wszystkim w obszarze pomiędzy gniazdami.

Tak jak dowódca z Altmarck przewidywał, Valrock wypuścił do walki Gwardię Pożogi. Walka z tym kilkutysięcznym oddziałem, którego trzon stanowili Rycerze Pożogi – ponad dwumetrowe kolosy w czarnych zbrojach, zabijające nie tylko swymi ogromnymi morgensternami, ale także zsyłające gnijącą truciznę swym… spojrzeniem – pochłonęłaby ogromne ofiary. Na masowe gnicie wszystkich tkanek organizmu wywołanych wzrokiem Rycerzy Pożogi ni magowie, ni alchemicy nie są wstanie znaleźć w pełni skutecznego panaceum. Jednak generał Richard ani myślał wdawać się z nimi w walkę. Miał przecież plan.

– Adiutancie, podaj mi mój róg.

Ten instrument o magicznie wzmocnionej akustyce mógłby kruszyć głazy. Richard potrzebował go, aby dać sygnać sprzymierzeńcom. I to nie byle jakim…

Kilka akordów melodyjnego hasła wystarczyło. Rozległ się wielki wrzask, a następnie kurz wzbił się w powietrze. Od wschodu nadlatywały gryfy, potężne ptaki o sile lwa i mądrości sowy. Oswojone jeszcze w czasach Staroprzodków wiernie wspierają wysiłki ludzi w czasie wojen z innymi rasami, jak i między sobą. Pojedynczo potrafią pokonać niejednego przeciwnika, w grupie zaś są w stanie rozbić niejeden regiment.

Kilkaset tych bestii pofrunęło teraz w stronę elity armii Darthnings. Za pomocą swych szponów wielkości ludzkiego wbiły się w twarze Rycerzy Pożogi, pozbawiając ich trującego wzroku. Daremne były próby upiornych lansjerów, aby ubić choć jednego ptaka – gryfy zniknęły bowiem z pola walki natychmiast po wykonaniu zadania.

Oślepieni Rycerze Pożogi miotali się po polu bitwy, tratując własnych żołnierzy. Wewnątrz armii cesarstwa zapanował chaos. Wtedy Richard przystąpił do kontrofensywy. Wszystkimi siłami uderzył w hordy umarlaków. Daremne były rozkazy odwrotu Valrocka – zombie i szkielety okazały się zbyt wolne i kalekie, aby uciec spod mieczy gwardzistów.

W końcu wrogi dowódca wycofał się wraz z pozostałymi przy życiu jeźdźcami, a V Armia Darthnings rozpierzchła się po stepach niczym mrówki po zdeptaniu ich domu. Żołnierze Imperium jeszcze przez wiele godzin ścigali niedobitków, zabijając tysiące nieumarłych i wyzwalając tysiące dusz uwięzionych w sprofanowanych przez nekromantów zwłokach. Po powrocie z polowania był już wieczór. Można było świętować tryumf.

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *