Autorstwa Elessara (Bractwo Kartografów)

Cztery dusze zagubione
I cztery żywioły,
Każda ścieżką swoją
Do celu wspólnego,
Tak podobne
I odmienne
Jak magii wielka moc,
I miecza jasny blask.

PROLOG: Ucieczka z Death Gate

Zdarzyło się to nie tak dawno temu. Dzikie wrzaski wznosiły się pod nocne niebo nad nekropolią Death Gate. Ziemia była jałowa i ciemna, co było łatwe do spostrzeżenia mimo głębokiej nocy.
Pomiędzy setkami… nie… tysiącami raczej, grobowców i co najmniej tyloma nieumarłymi wszelakiej maści szedł pochód. Na czele jego maszerował lisz z kosturem z szafirową czaszką jako zwieńczeniem, niezwykle misternie wykonany, na jego skroni zaś widniała korona zdobiona tak niezwykle, że przewyższyć jej kunszt mogliby tylko najwięksi mistrzowie krasnoludcy. Lisz ten odziany był w czarną tunikę sięgającą kolan. Za nim podążały dwa rzędy Czarnych Rycerzy, każdy po czterech. Ubrani byli oni w idealnie czarne pancerze i dosiadali czarnych wierzchowców, przez co budzili niekłamaną grozę.
Za nimi zaś, ze spuszczonymi głowami, nadzy niemal jeńcy ze związanymi rękoma, potykając się często, wielu z nich płakało niczym dzieci, niektórzy rzeczywiście dziećmi byli. Dalej wielu kościejów w upiornych pancerzach maszerowało, nie znając zmęczenia jako straż tylna, bardziej dla wyglądu, niż konieczności.
Wśród jeńców jeden szczególnie się wyróżniał: mimo całego brudu, jaki na nim osiadł poznać po nim szlachetne rysy. Włosy miał wtedy zaniedbane, przycięte nierówno na wysokości ramion, koloru ich nie sposób było rozpoznać.
Mimo sytuacji, w jakiej się znalazł szedł równo, był wyprostowany, a na jego twarzy nie można było odczytać jakichkolwiek emocji.
Nagle, idący obok niego starzec potknął się na kamieniu, czy może na złośliwie podstawionej mu nogi i runął jak długi. Owy niezwykły młodzieniec szybko chwycił starca. Ten podniósł głowę, spojrzał na wybawcę i wyszeptał:
– Ty… Czy ty nie jest… Argh!
Młodzik przeniósł spojrzenie z oczu starca, w których gasła już ostatnia iskra życia i po drzewcu włóczni, która ugodziła starca, spojrzał prosto w puste oczodoły Czarnego. Z przodu kolumny doszedł ich krzyk; takim niesamowitym, syczącym głosem:
– Przyprowadź go tu!
– Rusz się. – wymówił z trudem, jakby rycerz uderzający niewolnika pejczem.
Był to jednakże zabieg zgoła niepotrzebny, jeniec szedł już bowiem równym krokiem ku czele kolumny, tam, skąd dobiegał głos.
Pochód zatrzymał się. Jeńcy mamrotali o śmierci starca, patrząc z jeszcze większą nienawiścią na szkielety niż zwykle, te zaś szemrali o młodziku, który w tym momencie raźnym, żeby nie powiedzieć: wesołym krokiem mimo skrępowania zbliżał się do czoła pochodu.
Gdy wychylił się zza Czarnych, stojących wciąż niezwykle karnie w szyku, ujrzał lisza, tego, który prowadził pochód. Lisz wpatrzył się weń, a istoty, żywe i umarłe, przysiągły by, że lisz przestraszył się.
– Kim ty jesteś? – Wymówił tym samym, syczącym głosem.
Jeniec jednakże milczał, a na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech.
– Bezczelny… – Powiedział po chwili wahania Lisz.
Jeniec teraz dopiero – o wiele za późno – dostrzegł ostrze na obuchu kostura dzierżonego w kościstej ręce Lisza, ten zaś zamachnął się, ciął od dołu w twarz niewolnika, niezbyt głęboko, od podbródka, przez lewe oko, kończąc na czole, a zrobił to z taką siłą i szybkością, że młodzik aż poleciał do tyłu i wylądował – dość twardo – na ziemi.
– To dopiero przedsmak cierpienia, jakie cię czeka – powiedział lisz, takim samym dziwnym głosem. – Podnieść go!
Dwa szkielety podeszły do rannego i, bez zbędnych ceregieli, podnieśli go na nogi. Ustał on o własnych siłach, nieco tylko skonfudowany, lecz nie osłabiony.
Krwawiąca rana paliła niczym ogień.
Wkrótce doszli do wielkiego podestu, z dwoma parami schodów. Przy wejściach zatrzymali się rycerze, a lisz wmaszerował prowadząc jeńców na podest.
– Nieumarli! – krzyknął – Obywatele Death Gate! Ci oto jeńcy, pochwyceni w czasie bitwy o Steadwick dziś zostaną złożeni w ofierze bogom!
Rozległy się wrzaski radości.
Lisz wziął do ręki sztylet, wykonany ze złota i miedzi. Powolnym, spokojnym krokiem podszedł do ołtarza.
Spojrzał na dwóch kościeji pilnujących jeńców. Skinął głową.
Kościeje szybko rozejrzały się po szeregu jeńców. Pochwyciły chłopca – dziecko jeszcze – i zaczęły ciągnąć go w stronę ołtarza.
– Stójcie. – rozległ się cichy i czysty, choć władczy ton.
Kościeje popatrzyły na mówiącego. Był to ten sam tajemniczy niewolnik.
– Nie liczcie, że na to pozwolę. – Powiedział -Burn.
Nagle zapłonęły mu nadgarstki, co uwolniło go z pęt.
– Kim ty jesteś? – powtórzył pytanie lisz
– Nie sądzę, byś chciał to wiedzieć. – powiedział niewolnik jakby do siebie, po czym, już głośno, dodał – Nazywam się Elessar. Mówi ci coś to imię?
Po szkieletach przebiegł szmer.
Elessar spojrzał na drewniany wóz wiozący broń schwytanych. Wyciągnął w jego stronę dłoń i rzekł:
– Fireball!
W dłoni Elessara pojawiła się kula z płomieni wielkości dorodnej pomarańczy, która wystrzeliła w stronę wozu.
Rozległ się wybuch. Hordy szkieletów stały sparaliżowane rozwojem wypadków.
Cały oręż dziesiątek jeńców wzbił się pod niebo. Miecze, siekiery i toporzyska były dość zwykłą bronią, pordzewiałą, często wyszczerbioną. Wśród nich był jednak oręż niezwykły: jego długa głownia wciąż nie stępiała, wygodną, półtoraręczną rękojeść zdobił duży, czerwony kryształ umieszczony na taszce, który w tym momencie jarzył się wściekłą czerwienią. Spora głowica stanowiła idealne wyważenie.
Elessar w dwóch susach znalazł się przy swoim mieczu, – bo to oczywiście był jego oręż – i z miejsca ściął dwóch kościejów, wciąż osłupiałych.
– No! – Krzyknął wyzywającym tonem, – Kto taki odważny?
Cisza…
Lisz dał sygnał jednemu z Czarnych. Ten zstąpił z konia. Dobył ostrza.
– Nareszcie się rozkręcają – szepnął Elessar do siebie.
Kilka szkieletów chciało pomóc swemu liderowi, jednakże lisz zatrzymał ich gestem.
– To może być interesujące. – Powiedział.
Elessar i jego przeciwnik zaczęli krążyć po podeście mierząc się wzajemnie wzrokiem. W końcu skoczyli ku sobie, szczęknęły miecze. Siłowali się kilka chwil, by za sekundę odskoczyć, po to tylko, aby zaatakować ponownie z impetem.
Krew zalewała oczy Elessara.
Ostrza raz po raz uderzały o siebie.
– Cholera… – Zaklął Elessar – Trza by już kończyć tę farsę. – Uniósł miecz w górę – Płomieniu wspomóż me starania. Burning Blade!
Rzekłbyś, że ostrze zajarzyło się ogniem, to jednak nie oddałoby szoku, w jakim był Czarny Rycerz, gdy jego oręż padał przepołowiony. Jeszcze bardziej zaskoczony był faktem, że jego czerep potoczył się po posadzce, ze szczęką zastygłą w niemym krzyku.
Lisz i truposze przez moment stały zaskoczone, jednak po chwili dały się słyszeć pierwsze krzyki.
– Brać go!
Młodzieniec zręcznie zeskoczył z podestu i rżnąc na prawo i lewo płomiennym ostrzem przesuwał się w stronę bram miasta.
Nieumarłych były tysiące.
– Zamknąć bramę! – Krzyknął lisz.
Powoli ogromna, pordzewiała już brama zaczęła obsuwać się w dół.
– Cholera! – Krzyknął w biegu Elessar – Nie zdążę… Dobra, sami się o to prosili. Firewall! – Wrzasnął kreśląc ostrzem miecza niewielki obszar wokół siebie, na obwodzie którego stała po chwili solidna ściana ognia. – Daj mi trochę czasu… – Szepnął jeszcze i zaczął recytować:

‘Święty płomieniu Nozgothu, filarze życia,
Niech ogień w mojej duszy zaklęty,
Wszystkich tych, co na naszej wspólnej drodze
Bezczelnie stanąć się ośmielili
Przy twojej pomocy nieocenionej
Zepchnie do otchłani nieskończoności!
Nozgoth Flare!’

ROZDZIAŁ I: Paradise

Elessar powoli otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócił uwagę, był opatrunek na jego lewym oku i fakt, że leży w miękkim łóżku.
‘Cholera’ – pomyślał – ‘Gdzie ja jestem? Kurde, KIM ja jestem?’
Mimo mentliku w jego głowie spokojnie rozejrzał się. Pokoik, w którym leżał był dość niewielki, z drewnianymi ścianami, łóżkiem, szafką i dwoma krzesłami. Przez uchylone drzwi zauważył schody prowadzące na dół. Po chwili spróbował nawet wstać, jednak natychmiast z powrotem upadł.
‘Czuję się jakby mnie przywiązano!’ – Pomyślał.
Leżał tak czas jakiś, godzinkę, może dwie, próbując cokolwiek sobie przypomnieć, aż do momentu, gdy do jego uszu doszedł dźwięk otwieranych drzwi i lekkie kroki.
‘Wygląda na to, że będę miał towarzystwo.’ – Myślał.
Z dołu dobiegały odgłosy krzątaniny, a w chwilę potem, cięższe już, jakby ta osoba niosła jakieś ciężkie rzeczy, kroki po schodach.
Na piętro weszła dziewczyna – miała złote niemal włosy i jasną cerę, była też dość niewysoka, jak zauważył Elessar przez lekko uchylone drzwi. W rękach niosła sporą pakę, pewnie też dość ciężką.
– Ocho! Obudziłeś się! – Powiedziała, gdy go zobaczyła. – Chwała niech będzie bogom.
– Kim?.. – Próbował odpowiedzieć Elessar, natychmiast jednak mu przerwano
– Nic nie mów – rzekła dziewczyna. Miała bardzo melodyjny głos. – Jesteś ciężko ranny, a przespałeś dwa dni. Nie ruszaj się, zmienię ci opatrunek.
Odwiązała bandaże z twarzy Elessara.
– O! – Zdziwiła się. – Rana już się zagoiła? Tym lepiej. – Uśmiechnęła się – zostawię to odsłonięte. Ale obawiam się – znowu spochmurniała, – że pozostanie blizna. – Westchnęła – Tymczasem śpij. Porozmawiamy nieco później, gdy odzyskasz część sił.
Po tych słowach wyszła z pokoju, a Elessar, poczuwszy się jak po ciężkiej podróży zamknął oczy…

***

   Stał na drewnianym stopniu, wokoło pełno było dusz – nie wiedział o tym, po prostu czuł – zagubionych. Targała nim rozpacz, bezgraniczny żal, jakby połączył się z tymi biedakami w jeden byt… Czuł ich cierpienie, choć go nie doświadczał…

BLASK!

Zanurzył się w morze… Nie, nie w morze… W ocean krwi…. Bez granic, bez ostoi… I w ból… śmierć… Cierpienie….

BLASK!

Szedł przez tłum… Jednak nie mógł tego tłumu dotknąć, był niematerialny…. W prawej dłoni dzierżył oręż podobny to miecza, jednak był to czysty płomień… Widział przerażone twarze…. Słyszał… nie, nie słyszał… Raczej… czuł w myśli głosy ‘Pomocy!’ – wołały – ‘Ocal nas, odratuj…’ – czuł, że zbliża się do chwili w której sprosta prośbą – ‘po prostu’ – słyszał dalej – ‘… ponownie… ZABIJ!’ – Słowo to jak krzyk rozległo się w jego głowie…. Szedł jednak dalej….

BLASK!

Tym razem nie usłyszał wiele… tylko krzyk, rozdzierający powietrze niczym bełt, gotów ugodzić cię w samo serce: – ‘NOZGOTH FLARE!’… Ujrzał wybuch, olbrzymią eksplozję, która lada moment ogarnie go swą falą… Osłonił oczy przed oślepiającym światłem… Na jego czole rozbłysła rysa, najpierw mała i ulotna niczym pasmo babiego lata targane wiatrem, jednakże coraz wyraźniejsza… Piekła ona niczym płomień dobyty z samych chyba trzewi ziemi, rozdzierała jego świadomość… Usłyszał w myśli śmiech, nie jednak taki, jakim dzieci raczą swych rodziców, lecz śmiech szyderczy i posępny niczym mrok…

***

   Obudził się z krzykiem, cały zlany zimnym potem. Dyszał ciężko, miał jednak wrażenie, że ten koszmar nie był zwykłym snem, jednakże wracały do niego siły.
– Stało się coś? – zapytała dziewczyna siedząc na krześle tuż obok łóżka. Na dworze wschodziło już słońce.
– Ten sen… – szepnął Elessar cicho, czy to z osłabienia, czy z przerażenia.
Dziewczyna milczała.
– Kim jesteś? Co to za miejsce? – Zapytał po chwili Elessar.
– O! Już zadajesz pytania – ucieszyła się – Szybko dochodzisz do siebie. Na imię mi Tyris, a to miejsce – ogarnęła ruchem dłoni cały dom – jest moim skromnym mieszkankiem w wiosce Paradise, na zachód od Erathii. Czy czujesz się usatysfakcjonowany?
– Niezupełnie. – Zaprzeczył, wciąż jednak słabo. – Powiedz mi jeszcze jak się tu znalazłem.
– Ciekawski jesteś, jak na osobę która ledwo przeżyła! – Odparła radośnie Tyris – Odpowiem ci, jeśli mi obiecasz, że spróbujesz coś zjeść, a później się przespać.
Elessar przytaknął.
– Więc… trzy dni temu, na północny zachód stąd miało miejsce dziwne wydarzenie. Musisz wiedzieć, że od dawna… – jej miły jak dotąd głos zaczął przybierać ponurą nutę. – Od dawna mieszkańcy Paradise, ze mną włącznie, żyli z niewyjaśnionych przyczyn w ciągłym niepokoju, który chwilami przybierał postać jawnego strachu. Więc, jak już mówiłam, trzy dni temu, była to noc na horyzoncie… ujrzeliśmy wielką kulę ognia! Jeden wielki płomień! Jakkolwiek zadziwiło nas to zjawisko, to bardziej zaskoczyło nas to, że nasz strach… zniknął. Pojawiło się odprężenie, jakby jakaś ogromna groźba została nagle zażegnana właśnie przez ten wybuch. Postanowiłam, pod wpływem jakiegoś dziwnego, hmm… Przeczucia, że powinnam to sprawdzić. Ziemia tam była niezwykła, taka ciemna i jałowa i… wypalona jakaś. Tam właśnie leżałeś ty i taki dziwny miecz, który kurczowo trzymałeś w rękach. Postanowiłam więc zabrać cię do domu, i pomóc, jak tylko umiem najlepiej, mimo, że, przyznają, ciężko mi było – roześmiała się.
– Miecz… czy go zabrałaś? – zapytał Elessar po chwili zastanowienia.
– Oczywiście, tym bardziej, że dopiero gdy położyłam cię w łóżku puściłeś go. – powiedziała. – Jest tu, pod łóżkiem.
Tyris schyliła się i podniosła oręż, niezwykły miecz-półtorak. Gdy Elessar wziął w dłonie zimną stal ostrza usłyszał, cichy, mentalny, metaliczny głos:
– Mój panie…
– Czy coś mówiłaś? – zapytał Elessar zaskoczony.
Tyris zaprzeczyła zdziwiona.
– Musiało mi się wydawać – powiedział do siebie, choć nie wierzył, że ma rację, po czym rzucił spojrzenie na miecz.
– Taak… – zastanowiła się Tyris. – Nazywasz się Elessar, czyż nie?
– … Chy… Chyba tak… Chyba straciłem pamięć…

***

   Dni mijały. Dwa dni, trzy, tydzień. W końcu minął miesiąc, a Elessar wciąż odzyskiwał siły pod opiekuńczym okiem Tyris…

***

   Obudziły go pierwsze promienie słońca. Z każdym przemijającym dniem przybywało mu sił, a czuł, że jego pobyt w Paradise ma się ku końcowi, postanowił więc spróbować wstać. Odrzucił koc. Tors miał nagi, na nogach miał spodnie z utwardzonej skóry szyte, znajome jakieś w dodatku, z symbolem powtarzającym się po bokach. Łatwo rozpoznał, że taki sam znak zauważył na mieczu, otoczony przez sześć liter, elfijskich zdaje się.
Zaczął powoli się podnosić, ignorując, sporym trudem, natarczywy ból krzyża. Obrócił się na łóżku i opuścił bose stopy na gruby i ciepły, wełniany dywan.
Zaraz obok łóżka stał oparty o kąt pokoju miecz, skryty w prostej pochwie.
Elessar wytężył siły i spróbował wstać.
Ból przeszył go tak dotkliwie i niespodzianie, że Elessar natychmiast znalazł się na powrót na łożu.
– Wstań że! – usłyszał ponownie, dziwny metaliczny głos, jednak bardzo przyjazny.
– Kim jesteś? – Zapytał cicho, jakby sam siebie.
Odpowiedzi jednak nie uzyskał.
Mimo wszystko dodała mu otuchy myśl o tym, że ma jakiegoś towarzysza, nawet, jeśli go nie widzi i nie zna. Sięgnął po oręż i spróbował się na nim wesprzeć. Po chwili, która wydawała mu się dość długa, stał na nogach opierając się o miecz. Zrobił kilka niepewnych, chwiejnych kroków.
Nagle z dołu dosłyszał coś jakby rozmowę. Jedną z osób była bez wątpienia Tyris, nie znał, czy może po prostu nie pamiętał, drugiego głosu, powolnego i gardłowego.
– Twierdzisz. Więc. Że. Go. Nie. Widziałaś? – zaczął głos.
– Nie panie. – odpowiedziała Tyris. – nikt tu nie przypomina tego bandyty.
Głos jednak nie ufał Tyris.
– Dobrze. – powiedział głos po chwili wahania. – Jeśli. Jednak. Go. Spotkasz. Zgłoś. To. Nam… On. Jest. Podstępny. I. Niebezpieczny.
– Ależ oczywiście, drogi panie.
Rozległ się głos zamykanych drzwi.
– Co za ścierwo. – Powiedziała do siebie Tyris, jednak Elessar usłyszał to bez problemu.
‘Interesujące’ – pomyślał Elessar – ‘Kogo mogli szukać. Pewny jestem, że nie chcę być w jego skórze, jeśli go znajdą.’. Podszedł do schodów.
– O! Już wstałeś? – zdziwiła się Tyris wchodząc po schodach. – Nie przestajesz mnie zaskakiwać! Niezwykle szybko odzyskujesz siły.
– Tak… Chyba. – Potwierdził – Można tak powiedzieć. Kto tu był?
– ! – Tyris zdziwiła się jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. – Masz doskonały słuch! – przeszła do pokoiku, a Elessar podążył za nią. – Tu byli Czarni Rycerze. Nie pytaj kogo szukali.
– Kogo? – zapytał ignorując zakaz.
– … – Zawahała się Tyris – Ciebie.
Świat zawirował Elessarowi przed oczyma… Dlaczego? Co zrobił? Kim jest? Przysiadł na łóżku.
– Ja… Jak to? – zająkał się przerażony.
– Miałam nadzieję, że to ty mi to wytłumaczysz. – powiedziała Tyris, jednak nie tonem oskarżyciela.
– Wiesz przecież, że nic nie pamiętam. – Odpowiedział – Powiedz, dlaczego mnie ukrywasz?
– Hm… – Zamyśliła się – Po pierwsze wiem, że nikt nie zasługuje na to, by trafić w ich ręce. Poza tym – spojrzała nań nieco milej – lubię cię.
– … Dziękuję – odparł cicho.

***

– Hej, już jestem! – Krzyknęła Tyris wchodząc do domu następnego poranka. Drzwi pozostawiła otwarte.
– Gdzie byłaś? – Zapytał Elessar schodząc ze schodów już o własnych siłach i orężem przy pasie.
– Heh. – Uśmiechnęła się Tyris – Nie sądziłam, że tak prędko wrócisz do formy. A byłam u krawca.
Elessar teraz dopiero zwrócił uwagę na sporą paczkę w rękach Tyris.
– Nie zamierzasz chyba tak paradować po ulicach? – Zaśmiała się widząc zdziwienie Elessara. – Spokojnie, te ubrania były dość tanie, a przy tym wygodne i ciepłe, kamizelka jest też utwardzona, może zastąpi ci lekką zbroję skórzaną.
Elessar wziął w ręce rzeczy przyniesione przez Tyris. Szybko przywdział koszulę, białą, z długim rękawem, wełnianą i ciepłą. Kiedy wkładał kamizelkę powiedział:
– Jak mam ci się za to odwdzięczyć?
– Pogadamy o tym później. – Odpowiedziała z uśmiechem. – Mam dla ciebie jeszcze buty.
Elessar przysiadł na stopniu schodów i włożył buty, dziwnie dobrze dopasowane, z cholewami, bardzo dobre do dłuższych wycieczek.
– Dowiedziałam się też czegoś o tym symbolu na twoim mieczu. – powiedziała Tyris z satysfakcją gdy wstawał. – Taki symbol noszą wojownicy Pierwszego Regimentu Mieczników Erathiańskich. Interesuje mnie tylko, skąd on na twoim orężu?
Spojrzał na nią dziwnie. Twarz Elessara, przed chwilą jeszcze wyluzowana przybrała bardzo poważny wyraz. Podszedł do niej na wyciągnięcie ręki i położył jej dłonie na ramionach. Nagle pociągnął ją mocno w dół, przez co wylądowała na podłodze i szybko odsunął się od ostrza. Dobył miecza.
– Co jest?.. – zdenerwowała się Tyris.
– Uciekaj – Odparł spokojnie Elessar
– Co?
– JUŻ! – krzyknął niemal już parując ciosy przeciwnika.
Był to młody mężczyzna, najpewniej człowiek, o niebieskich włosach, co od razu zaskoczyło Elessara. Odziany był w lekką skórznię jasno-brązowego koloru, a w rękach trzymał miecz, który o mały włos nie stał się zgubą Tyris.
Przez chwilę walczyli w korytarzu, szybko jednak potyczka przeniosła się na ulice miasta i w sam środek głosów w rodzaju: ‘czyście powariowali’, czy też ‘Gdzie mi z tym mieczem ścierwojadzie!’. Elessar, a właściwie jego dłonie, walczył zupełnie automatycznie, nie myślał nad walką, a mimo to jego miecz zawsze znajdował się dokładnie tam gdzie było to konieczne. W końcu jednak popełnił błąd: gdy zaatakował, mężczyzna sparował jego cios tak zręcznie, że bez problemu skontrował, robiąc Elessarowi krótką ranę na podbrzuszu, ten zaś upadł na ziemie. Zaczął przewracać się z boku na bok unikając pchnięcia, aż w końcu rozciął oprawcy skórę i ścięgno na lewej stopie.
Jego przeciwnik odskoczył na prawej, tej sprawnej jeszcze, nodze.
– W końcu trafia mi się osoba, która potrafi walczyć! – powiedział drwiąco. Głos miał nieco jakby warczący, choć nie wydawał się Elessarowi wrogi. – Jeszcze się zobaczymy!.
Rzucił Elessarowi pod nogi pergamin zawiązany czerwoną wstęgą i, akurat gdy Elessar wstał… zniknął w chmurze szaro-czarnego dymu i zapachu siarki.
– Taa… – mruknął Elessar – Jeszcze się spotkamy….
– Oj! – Jęknęła Tyris podchodząc do Elessara i patrząc na poprzewracane stragany i ranę na podbrzuszu Elessara. – Zdaje mi się, że już nie tylko Czarni cię ścigają. Chodźmy do domu, opatrzę ci to.

***

   Kiedy wrócili w znane cztery kąty, Tyris od razu wzięła się za reperacje odzieży, a Elessar odwiązał wstęgę na manuskrypcie. Zwój głosił:

‘Niechaj wiadome będzie, wszem i wobec iż z twierdzy Death gate zbiegł groźny przestępca i renegat zwący się Elessar. Za schwytanie go, żywym lub umarłym (ze szczególnym wskazaniem na to drugie) otrzyma 5000 sztuk złota oraz nagrodę dodatkową, którą sam sobie wybierze.
Tak rzekł Lisz i władca Deyji Jacet von Trov. A wolę jego spisałem

Ja, Skill Sondie, Królewski skryba.’

***

‘Auć’ – pomyślał Elessar po przeczytani, jakże pomyślnych, wiadomości – ‘Zdaje się, że nie zabawię w Paradise już zbyt długo…’
Wstał z fotela, w którym siedział i poszedł do kuchni, w której szyła Tyris.
– No, w samą porę – powiedziała, gdy tylko go zobaczyła. – Ubrania masz zaszyte!
– Dzięki. – Odpowiedział jej smętnie zakładając koszulę.
– A teraz… – Zaczęła Tyris – co zamierzasz?
– Co masz na myśli? – Odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Nie zamierzasz tu zostać, prawda?
– … – Zawahał się. – Nie. Nie mogę narażać ciebie, ani wioski.
– Więc jakie masz plany? – Dopytywała się.
– Nie wiem…
Tyris wstała i z szafki w kącie wyciągnęła niewielką mapę z zaznaczonym niezbyt dużym obszarem wokół wioski. Na zachodzie leżała Erathia i wioski takie jak Balmora, Palaedra, czy opływające w dostatki Steadwick.
– Zdaje się – powiedział Elessar – że tam wiedzie mój szlak. – Westchnął smutno.
– Taa… – Przytaknęła Tyris. – Ale musielibyśmy przejść przez Lasy Linidrian.
– Albo przejść okrężną drogą przez Seyda Neen… – Ciągnął Elessar – Zaraz. Powiedziałaś musielibyśmy’?
– Taa… – Potwierdziła – no bo ja idę z tobą.
– …. – Zawahał się – Nie ma mowy.
– Ale…
– Nawet na to nie licz!
– Ale…
– Nie.
– Ale…
– NIE!
– Ostatecznie, jesteś mi coś winien, czy też nie? – przejęła dyskusję Tyris – W ramach odpłaty po prostu weźmiesz mnie z sobą. – Uśmiechnęła się
– … Ehhh… Dobra. Masz jakąkolwiek broń?
Tyris wstała, podeszła do tej samej szafki i wyciągnęła zgrabny krótki miecz i łuk.
– Pokaż ten miecz. – Powiedział jej Elessar
Wykonanie oręża było podobne do miecza Elessara, choć rękojeść była biała, a klejnot na taszce szarawy i w kształcie tornada.
– Skąd go masz? – Zapytał podając jej miecz rękojeścią do przodu.
– Hmmm… Nie wiem – zaśmiała się – Pamiętam go, dokąd sięgam pamięcią.
– Mhm… Dobra, nie czas teraz na takie fanaberie. Trzeba nam zbroi. Masz jeszcze trochę złota? – Zapytał zażenowany.

***

   Po jakimś czasie wszedł do sporego budynku, który przypominał mu zbrojownię. Wnętrze było całe zakurzone i pełne pajęczyn, jakby od bardzo dawna nikogo tu nie było. Jednakże na półkach multum było wspaniałych pancerzy, tarcz i hełmów. Za ladą stał krasnolud, wyglądał dość młodo, jednak spojrzenie jego niosło dziwne uczucie wiekowości.
– Witam cię – powiedział krasnolud a jego długa, czarna broda poruszała się przy tym jak na wietrze – Elessarze, w moich skromnych progach.
Elessara nawet nie zdążyło zaskoczyć to, że krasnolud znał jego imię, a już pojawiały się nowe niewyjaśnione ciekawostki:
– Tak, tak chłopcze – ciągnął krasnolud – dawno nikogo nie było w tym budynku, dokładnie tak, jak przypuszczasz.
– Dlaczego? To miejsce jest tak niepopularne, czy drogie?
– Można powiedzieć, że drogie. – odparł uprzejmie krasnolud.
– A. – jęknął zawiedziony Elessar – Nie mam dużo złota. – I już miał zawrócić.
– Poczekaj! Złoto nie gra tu roli. – powiedział sprzedawca, jakby stwierdzał rzecz niezwykle oczywistą. – U mnie płaci się czystym sercem. Mam coś w sam raz dla was!
I zanurkował pod ladę. Krzątał się chwilę i wyciągnął dwa pancerze: skórznię i kolczugę.
– Dobrze będą wam służyć. – powiedział podając je Elessarowi – Mam dla ciebie jeszcze radę: ufaj ostrzu. A teraz idź. Jeśli nie zawiedziesz to jeszcze się spotkamy!
A Elessar wiedział, że nie może oponować.

***

– Że co? – Krzyknęła Tyris gdy Elessar wrócił – Gdyby nie fakt, że masz dwie zbroje i garść pełną złota nie uwierzyłabym!
– Tak, ja też mam z tym problem! – Odpowiedział – Ale co myślisz o tej jego ‘radzie’?
– Nic! Nie mam żadnego pomysłu… – zamyśliła się.
– Dobra, nie istotne. Musimy zabrać żywność.
– Na jak długo? – ożywiła się Tyris
– Co najmniej dwa tygodnie. Suszone mięso, chleb, owoce, cokolwiek co wytrzyma pół miesiąca i będzie nadawać się do jedzenia. Do tego bukłaki i oczywiście kawałek liny.
– Rozkaz wasza wysokość! – zażartowała Tyris
Elessarowi zwrot ten brzmiał jakoś tak swojsko.
– Dobrze więc – powiedział gdy byli spakowani. – Kierunek: Balmora!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *