Opowieści Mrocznego Władcy

Opowieści Mrocznego Władcy

pióra Lorda Saurona (Tajemnice Antagarichu)

Epizod 6. Czystka cz. 2

Słońce powoli i niepewnie wysuwało się znad widnokręgu, jakby nie było pewne, czy oświetlić swymi szkarłatnymi promieniami skutki czynów, jakich dokonano przez ostatnie dni. Powstanie dobiegało końca, a dla mieszkańców miasta Meridian nadszedł czas rozliczenia, gdyż Sarafanie z obrońców ludzkości przemienili się w sędziów i katów, nagradzających wiernych, a karzących zdrajców, którzy ośmielili się paktować z wampirami.

Cabal razem ze swoją armią broniło się jeszcze w kilku punktach miasta, ale ich upadek był kwestią czasu. Bowiem w sercach powstańców wzbierała rozpacz na widok mocno przerzedzonych, lecz wciąż przewyższających ich liczebnością i wyszkoleniem oddziałów Zakonu Sarafan, dumnie kroczące w długich szeregach najeżonych stalą. Sarafanie głośno śpiewali marszowe pieśni o pokoju, ładzie i wspólnym budowaniu lepszej przyszłości, złotej ery, w której nawet mroki nocy będą bezpieczne dla zwykłego człowieka. Dodawali tym otuchy tak sobie, jak i zwykłym, niezamieszanym w walki, pragnącym jedynie spokoju mieszkańcom Meridian.

Pochód Sarafan zatrzymał się przed Ratuszem, położonym na Rynku Głównym Niższego Miasta. Od niego wychodził na plac szeroki balkon, na którym stał sam Lord Sarafan, obserwujący defiladę swych wojsk w otoczeniu wyższych dygnitarzy obecnego rządu. Po jego lewicy stał Marcus razem z Biskupem Meridian, po jego prawicy Sebastian z Inwizytorem Martinem Cohenem. Za Wielkim Mistrzem znalazł się Faustus razem z szeregiem ważniejszych oficerów, ministrów, kapłanów i rajców miejskich.

Nie odbywała się tu jednak wyłącznie defilada. W centrum Rynku ustawiono wielki podest, wokół którego kłębili się mieszkańcy miasta, z niecierpliwością czekający na wydarzenie, którego już wkrótce mieli być świadkami. Na podeście zostały ustawione długie rzędy szubienic, a gdzie niegdzie kaci ostrzyli już swe topory, z kolei dla “specjalnych gości”, przygotowano już długie, drewniane pale.

Kiedy defilada wojsk Zakonu zakończyła swój obchód, otaczając mieszkańców, jak też i podest szczelnym kordonem, wprowadzono skazańców. Rozległ się zwielokrotniony, metaliczny szczęk łańcuchów, a wśród tłumu rozeszły się szmery zaciekawienia i strachu.

Wśród jeńców znajdowali się zarówno ludzie, jak i wampiry, można było odróżnić obie rasy jedynie po kłach, szponach, szpiczastych uszach i nienaturalnych, żółtych oczach, gdyż twarze ludzi były równie blade jak wampirze, ze strachu lub wycieńczenia. Zdarzali się jednak hardzi skazańcy, którzy głośno złorzeczyli całemu światu i przepowiadali, że kiedyś era Sarafan dobiegnie końca, za co płacili bolesnymi ciosami od eskortujących ich strażników, którzy dbali o zachowanie porządku.

Ponura procesja długo nie chciała dobiec końca, gdyż na ten plac sprowadzono setki, a może nawet tysiące więźniów, tylko po to, by ponieśli karę za sprzeciwienie się Zakonowi Sarafan. W międzyczasie jednak zgromadzeni mieszkańcy miasta woleli zaprezentować swą lojalność wobec zwycięzców, głośno wiwatując na cześć Sarafan lub przeklinając pokonanych powstańców. Jedni robili to ze szczerego serca, drudzy woleli nie wychylać się z tłumu i robić to co wszyscy, by sami nie musieli dołączyć do skazanych.

Sam Wielki Mistrz czekał cierpliwie, aż pochód dobiegnie końca, nie spieszyło mu się zbytnio, gdyż długo czekał na tę chwilę i delektował się każdą upływającą sekundą, choć wiedział, że miał do dyspozycji całą wieczność.

Kiedy wszyscy aktorzy znaleźli się na scenie, Lord Sarafan uznał w końcu, że może zabrać głos.
– Posłuchajcie mnie, mieszkańcy Meridian, posłuchajcie mnie, mieszkańcy Nosgoth, posłuchajcie mnie nawet ci, którzy sprzeciwiacie się Zakonowi Sarafan! – wezwanie przeszło niczym podmuch wiatru przez zgromadzone tłumy, elektryzując je i pobudzając do wysłuchania Władcy Nosgoth, wobec którego nikt nie mógł pozostać obojętny. – Od chwili, kiedy spotkaliśmy się tutaj wszyscy razem, minęło długie pięćdziesiąt pięć lat. Wówczas, kiedy Cesarz Wampirów, Kain, zginął z mej ręki, a Stwory Nocy poniosły klęskę, rozpoczęliśmy budowę Nowego Ładu! Teraz stajemy tutaj po raz kolejny, raz jeszcze zwycięscy w walce z tymi, którzy stanęli przeciw nam! – Lord Sarafan dla podkreślenia wagi swych słów wyciągnąć opancerzoną pięść w kierunku tłumów. – Tym razem jednak, to była wojna bratobójcza, kiedy jeszcze tak niedawno razem pracowaliśmy, by zmienić coś na lepsze, oczyścić świat z wampirzej plagi! Wydarzenia ostatnich dni napełniają mnie wielkim bólem, niemożliwym do pomieszczenia w mym sercu… Dlaczego daliście się omamić pustym obietnicom Wampirów? Dlaczego wystąpiliście przeciw Zakonowi Sarafan, który dał wam spokój, bezpieczeństwo, doprowadził was do technologicznego rozkwitu i zamierzał czynić to dalej?! Dlaczego tak straszna myśl w ogóle narodziła się w waszych umysłach?! – krzyknął głosem naznaczonym tak wielkim bólem, że sami mieszkańcy Meridian, a nawet niektórzy skazańcy, poczuli wyrzuty sumienia. Wystąpili przeciw tym, którzy jedynie chcieli ich dobra, nie bacząc na własne. Sarafanie walczyli i ginęli, chroniąc ich przed demonami, czyhającymi na nich w ciemnościach. Po twarzach ludzi zaczęły płynąć łzy. Nikt nie pozostał obojętny wobec Lorda Sarafan, siły jego charyzmy i potęgi jego głosu.

– Teraz jednak spoczął na mnie ciężar wiekopomnej decyzji, jaką zmuszony zostałem podjąć. Dla was, więźniowie, nie ma już żadnego ratunku, jesteście skażeni, przeklęci na wieczność. Mogę jednak ocalić innych, tych którzy zdołali oprzeć się pokusie zdrady! – nagle w Lordzie Sarafan zaszła zmiana, stał się zimny i bezlitosny. – Zaczynajcie!

Zakonnicy ruszyli wykonać polecenia Wielkiego Mistrza. Mieszkańcom zdawało się, że skazańców dobierano w jakimś szczególnym porządku, jakby dla każdego zaplanowano inny sposób śmierci. Jednym z pierwszych, których czekała zguba, był sam Przewodniczący Meridiańskiej Gildii Kupców, Joachim Bauck, ubrany w podarte i zczerniałe ubranie, które kiedyś musiało olśniewać swą ekstrawagancją. Dygotał i trząsł się na całym ciele, kiedy dwóch Sarafan zgodnie z instrukcjami, zabrało go w miejsce, gdzie ustawiano drewniane pale. Oczy kupca wytrzeszczyły się do granic możliwości. Jąkając się i charcząc na przemian, powiedział dwóm żołnierzom, że jako Przewodniczący Gildii może ich hojnie wynagrodzić za okazanie łaski. Zakonnicy odpowiedzieli po raz trzeci, że przecież za zdradę został odarty ze wszelkich godności. Joachim był w delirium i już chciał zapytać ich po raz czwarty, kiedy wciśnięto mu do ust kawał sznura i podprowadzono pod ostrze pala.
W końcu pierwsze krzyki bólu i agonii rozeszły się po placu, docierając do uszu stojących na balkonie Ratusza Meridian dygnitarzy. Niektórzy zadrżeli, widząc tyle przemocy i śmierci, ale Lord Sarafan razem ze swoimi wampirami, uśmiechnął się lekko. Sir Martin razem z pozostałymi rycerzami zachowali obojętny wyraz twarzy, jak na karnych żołnierzy przystało.
– Co dalej, Mistrzu? – zapytał Sebastian. – Jakie masz wobec nas plany?

Lord Sarafan uśmiechnął się tajemniczo.
– Wobec każdego z was mam wielkie plany, moi słudzy. Teraz jednak chodźmy… Wciąż mamy wiele do zrobienia…
– Droga, którą podążysz, będzie naszą drogą. – obiecał Sebastian.

Wszyscy przyklękli przed Lordem Sarafan, dzierżącym w dłoniach Soul Reavera, a wciąż mającym na twarzy uśmiech…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *