Opowieści Mrocznego Władcy

Opowieści Mrocznego Władcy

pióra Lorda Saurona (Tajemnice Antagarichu)

Epizod 5. Walcząc z nieuniknionym, cz. 1

Uderzyli niespodziewanie, w jego własnym domu. Stali naprzeciw niego, czujni i bezlitośni, z grymasem nienawiści na bladych twarzach, choć ognista poświata świecąca wokół nich jakby próbowała zasugerować, że płonęli wewnętrznym gniewem. Gniewem, który wypalał ich od środka i szukał ujścia niczym lawa z wnętrza rozpalonego wulkanu.

Sebastian stał naprzeciw pięciu wampirów i trzech ludzi. Osaczyli go, niczym charty wilka. Sługa Lorda Sarafan wiedział, że jest silniejszy od każdego z nich, ale też wiedział, że może nie pokonać takiej liczby. Komnata płonęła, jeden z wampirów był pirokinetykiem, a ludzie nieśli pochodnie. Zapalali wszelkie łatwopalne przedmioty, pewnie by dodać dramatyzmu tej scenie. Impresjonistyczne obrazy utalentowanych malarzy, czerwony dywan przeplatany złotą nicią, rzeźbione w mahoniu stoliki – wszystko ginęło w szalejącym żywiole. Sebastian miał złe wspomnienia po ognistej Immolacji Magnusa, choć odkrył, że jego ciało w ten sposób ewoluowało. Odtąd był bardziej odporny na ogień, co z pewnością mogło się kiedyś przydać.

Bez żadnego sygnału, Sebastian rzucił się na swych wrogów, rozczapierzając swe pazury i zdając się na swój Mroczny Dar Berserku. Wiedział, że pozostał bez szans na ucieczkę, jedyne czego pragnął to nasycić się krwią nieprzyjaciół ten ostatni raz, poczuć ich strach nim nadejdzie ciemność Otchłani i pochłonie wszystko.

Wpadł prosto w środek grupy, na cel wybierając sobie długowłosego wampira o kruczoczarnych włosach i obłędzie w oczach. Błękitny płaszcz Sebastiana zafalował, kiedy jego właściciel zaczął siać chaos w szeregach wroga. Czarnowłosy wampir został zasłonięty przez dwójkę ludzi, którzy wyskoczyli przed szereg, licząc na wytrzymałość swych pancerzy i tarcz. Sebastian parsknął kpiąco widząc ich powolne ruchy, zablokował cios pierwszego człowieka i zrobił unik przed mieczem drugiego. Wojownik przechylił się do przodu, odsłaniając kark, a Sebastian przypuścił błyskawiczny atak uderzając pięścią w szyję. Wampir uśmiechnął się cynicznie, kiedy człowiek z głośnym jękiem padł martwy. Zbroja wytrzymała, kręgi szyjne już nie bardzo.

Kruczowłosy wampir skoczył w kierunku Sebastiana, sycząc niczym wąż. Stojącego mu na drodze człowieka podpalił ciśniętą kulą ognia. Śmiertelnik zawył świdrująco a następnie pobiegł na oślep w kierunku okna i wyskoczył na spotkanie własnej śmierci. Krzyk po chwili umilkł, w międzyczasie wampir zaatakował miotając kule ognia w kierunku Sebastiana. Sługa Sarafan unikał kul i prowadził skuteczną walkę z wampirem, naznaczając ciało pirokinetyka kolejnymi ranami. Mimo odniesionych obrażeń, przeciwnik zdołał zręcznym ruchem złapać Sebastiana w nadgarstkach. Grymas okrucieństwa wykwitł na jego twarzy, kiedy jego ręce zaczęły płonąć jasną czerwienią niczym stal włożona do ognia w kuźni. Sebastian warknął, ale wyewoluowana odporność na ogień okazała się być użyteczną. Atak uczynił na nim mniejsze wrażenie niż powinien, skonsternowany pirokinetyk nawet się nie bronił kiedy Sebastian straszliwym ciosem szponów rozciął mu czaszkę wpół. Krew, ciecz i kawałki posiekanego mózgu wypłynęły tworząc makabryczną kałużę. Pirokinetyk wytrzeszczył przerażone oczy, wyglądał jakby chciał zaprotestować przeciw swemu bólowi, ale brakowało mu odwagi. Sebastian nie dobił wampira, by cierpiał dłużej a sam runął na pozostałych.

Byli już ostrożniejsi i próbowali go zamknąć w okręgu. Sebastian lawirował pomiędzy przeciwnikami, odpierając wiele ataków naraz i próbując pozostać poza okrążeniem. Zaczęło w nim kiełkować poczucie beznadziei, ale kiedy już został zamknięty w kotle, przez drzwi, które blokowali powstańcy zaczęli wypływać Sarafanie pod dowództwem Sir Martina, szybko rozprawiając się z oszołomionymi napastnikami. Osaczeni bronili się dzielnie, jednak nie mogli sprostać zdeterminowanej elicie Zakonu Sarafan.
– Poradziłbym sobie, ale dziękuję. – powiedział niechętnie Sebastian. – Co was zatrzymało tak długo? Walczyliście z całą armią?

Straż Przyboczna prowadzona przez Martina była osmalona, zabrudzona, ich zbroje i broń zakrwawione, ale chęć do walki i pragnienie zwycięstwa nad buntownikami pozostały.
– Byli również na podwórzu, jak widać dostali się również do środka budynku mimo naszego oporu. Spójrz, Meridian płonie, mój panie. Buntownicy opanowują całe miasto, są wszędzie. – odrzekł Sir Martin. – Jakie są twe rozkazy?
– Przede wszystkim, wynośmy się stąd. Kiedy odkryją, że ten atak poniósł klęskę, przyjdą kolejni i będzie ich więcej. Musimy się dostać do Marcusa, zapewne razem z Biskupem Meridian broni tej części dzielnicy Wyższego Miasta.
– Nie wiemy, gdzie jest Lord Sarafan. Nie dostaliśmy żadnych raportów na ten temat. Mam złe przeczucia. – mruknął ponuro rycerz. – Może wpadł w jakąś zasadzkę tych buntowników?
– Wielki Mistrz nie jest istotą, którą można ot tak, bezkarnie napaść, mój drogi. – odpowiedział spokojnie wampir. – Jestem pewien, że niedługo powróci, a wtedy wywrzemy pełną zemstę na tym przeklętym Cabal. Ta kwestia musi zostać rozwiązana raz na zawsze!

Atak był całkowitym zaskoczeniem dla Sarafan. W jednej chwili wampirze oddziały powstańców wspierane przez rozwścieczoną czerń i ludzi słabszego ducha wychyliły się ze swych ponurych kryjówek, przypuszczając szaleńcze a jednocześnie precyzyjnie wymierzone ataki w ośrodki władzy Sarafan. Powstańcy dążyli do opanowania kluczowych budynków znajdujących się w poszczególnych dzielnicach. Odnieśli sporo sukcesów, przejmując sklepy, posterunki i wille bogatszych obywateli Meridian. Władza Sarafan została zredukowana do obleganych wysp w morzu płomieni. Problemy zaczęły się, kiedy Sarafanie otrząsnęli się z pierwszego zaskoczenia i przystąpili do serii skutecznych kontrataków, odzyskując część zajętych przez Cabal terenów.

Teraz panował impas. Sarafanie i powstańcy nie byli w stanie odnieść ostatecznego zwycięstwa, poprzestając jedynie na wściekłych atakach na wrogie pozycje, co z reguły kończyło się krwawą jatką. Moneta wciąż się obracała. Karząca ręka Przeznaczenia jeszcze nie wybrała strony.

Sytuacja wyglądała następująco: Twierdza Sarafan pozostała pod ich kontrolą, gdyż powstańcy woleli skupić się na dzielnicach łatwiejszych do zdobycia. Zagłębie Przemytników i Slumsy zostały niemal całkowicie podbite, ale grupa Sarafan wspierana przez Faustusa oraz jego “ludzi interesów” i innych typów spod ciemnej gwiazdy zdołały wstrzymać dalsze zakusy powstańców. Faustus miał wielki posłuch w swojej dzielnicy, to był chyba jedyny powód dla którego zbiry postanowiły walczyć po stronie Sarafan. Obrońcy dawno spróbowaliby odbić zajęte terytoria, ale most łączący Zagłębie z Niższym Miastem został zajęty przez Cabal, pozostawiając Faustusa bez żadnych posiłków.

Niższe Miasto straciło wiele kluczowych terytoriów, gdyż ataki były tutaj dobrze skoordynowane i skuteczne. Sarafanie utracili kilka ważnych budynków, ale udało im się utrzymać między innymi Dom Rajców czy Kamienną Twierdzę, której ponura reputacja odstraszała nawet najbardziej bitnych powstańców. Wkrótce wysłano od niej wsparcie, władające potężną magią Glyphów. Sarafanie zdołali odzyskać część utraconych terenów, ale Doki pozostały w całości zajęte przez Cabal. Miasto Hyldenów nie było w stanie wesprzeć Meridian drogą morską, co znacząco zmniejszało możliwości skutecznej obrony.

Dzielnica Przemysłowa pozostała w stanie oblężenia, ale tak jak w przypadku Twierdzy, sytuacja została ustabilizowana. Lord Sarafan przeznaczył sporo sił i środków na umocnienie tej Dzielnicy, dzięki czemu powstańcy nie byli w stanie wiele zdziałać przeciw doskonale przeszkolonym najemnikom i oddziałom glyphowych rycerzy Sarafan. Powstańcy zdołali jednak zablokować wszelkie przejścia z ulic Wyższego Miasta, chwilowo zatrzymując Sarafan. Wszyscy wiedzieli, że to była gra na zwłokę, gdyż powstańcy zaczęli natrafiać na coraz większe problemy.

Wyższe Miasto razem z Katedrą zostało podzielone na dwie części, Urząd Miasta został zajęty przez powstańców (między innymi dzięki pomocy zdrajców z Gildii Kupców, sam budynek Gildii oczywiście też został zajęty) ale Katedra była broniona przez doborową armię Sarafan wspieraną przez wampira Marcusa, Biskupa Meridian i jego wojowniczych kapłanów. Obie strony słusznie się domyślały, że ten, kto będzie miał pod kontrolą Katedrę, ten będzie mógł przekonać do siebie niezdecydowanych ludzi, jednocześnie osłabiając morale lojalnych wobec rządów Sarafan. Nic dziwnego, że o to miejsce toczono zaciekłe walki.

Sebastian biegł przez płomienie, a za nim podążali jego żołnierze. Szalejące piekło pochłaniało ludzkie żywoty, jakby pożywiając się nimi w beznadziejnej próbie zaspokojenia własnego nieskończonego głodu. Do ich uszu oprócz kakofonii krzyków czy strzelającego ognia pochłaniającego wszystko na swej drodze, docierały odgłosy bitwy. Oddział uznał, że znalazł się w oku cyklonu. Czasem spotykali uciekających cywilów lub niedobitki pokonanych Sarafan. Przyłączali się do ich zorganizowanego oddziału, poszukując zemsty lub namiastki bezpieczeństwa. Tego pierwszego mogli zapewnić aż nadto, ale dziwnym przypadkiem nie musieli stoczyć po drodze żadnej bitwy dopóki nie dotarli do Katedry. Ujrzeli, że u wrót siedziby Biskupa toczyła się zażarta walka. Wampiry wspomagane przez wściekłą ludzką tłuszczę usiłowały się wedrzeć do środka przez ogromne wrota, które próbowali wyważyć dość solidnym taranem trzymanym przez grupę silnych mężczyzn i kilku lepiej rozwiniętych fizycznie wampirów.

Sebastian obejrzał się za siebie i policzył swój oddział. Do początkowej dwudziestki dołączyło trzydziestu ludzi. Katedrę oblegało kilka setek. Wampir czuł, że to co zaraz zrobi jest wariacką próbą malowniczego samobójstwa, ale czy pozostał mu jakikolwiek wybór?
– Całe Nosgoth oszalało to i ja się mogę dać ponieść chwili… – mruknął cicho.
– Coś się stało, dowódco? – zapytał Sir Martin.
– Wszystko w porządku. Róbcie, to co ja. Czeka nas wycieczka do głębin piekieł, gdzie zamiera wszelka nadzieja i pozostaje jedynie cierpienie.
– Postaw nas przeciw tysiącom tych demonów, panie! Jeden Sarafan wart więcej niż setka tych diabłów! – sygnały aprobaty rozeszły się po szeregach. Sebastian w duchu bardziej liczył na to, że odmówią, ale przynajmniej nie zostanie sam w czasie tego karkołomnego czynu.

Ktoś podał mu miecz. Sebastian podziękował skinieniem głowy, wzniósł oręż wysoko w górę i ruszył przed siebie. Za sobą usłyszał tupot opancerzonych stóp swych żołnierzy. Przypomniało mu to pierwszą fazę bitwy pod Meridian, jeszcze zanim “oficjalnie” przeszedł na stronę Lorda Sarafan. Musiał dokonać bardzo podobnej szarży, ale przeciw ludziom. “Jakże los bywa przewrotny. Manus Celer Dei, sprawiedliwa ręka Boga. Voradorze, mój skruszony sadystyczny stwórco, tym razem ręka wskazała na ciebie. – pomyślał, a potem wszelkie myśli odpłynęły z jego głowy.

– Sarafanie, za mną!!! Żadnej litości!!! – ryknął dziko, a czterdzieści dziewięć głosów mu zawtórowało.

Sebastian wykonał Skok, wzniósł miecz wysoko ponad swą głowę, a powstańcy zobaczyli Zwiastuna swej rychłej śmierci, który uderzy na swe ofiary niczym pikujący jastrząb. Nie było dla nich żadnego ratunku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *