Opowieści Mrocznego Władcy

Opowieści Mrocznego Władcy

pióra Lorda Saurona (Tajemnice Antagarichu)

Epizod 3. Niespodziewane spotkanie, cz. 1

Pięć lat później.

Jako członek Rady Sarafan, Sebastian miał znacznie mniej czasu niż kiedyś. Urok polowań został zastąpiony przez popijanie krwi z najlepszych pucharów. Choć krew również była doskonałej jakości, wampirowi brakowało tych emocji jakie towarzyszyły polowaniu. Każdy krwiopijca miał w sobie zaszczepiony instynkt łowcy, wewnętrzną Bestię szukającą okazji by zabić. Taki instynkt posiadał nawet ten, który “odrzucił” swój wampiryzm by przystać do Sarafan. Bardziej prozaicznym powodem było przyzwyczajenie do świeżej krwi z tętnicy szyjnej ofiary, szczególnie łabędziej szyi dziewicy. Sebastian nie zawsze był pewny tego ostatniego, ale ostatecznie to nie miało wielkiego znaczenia oprócz subtelnej nuty słodkości.

Sebastian preferował krew półwytrawną. Wstrząśniętą strachem, niezmieszaną widokiem kłów.

Zgodnie z rozkazami, dopilnował przenosin Kamienia Nexus na wyznaczone wcześniej miejsce w Dzielnicy Przemysłowej. Nie nastręczyło to wiele wysiłku, Cabal po ostatnich klęskach pochowało się do najgłębszych dziur i nawet starania najlepszych informatorów nie umożliwiły Zakonowi odkrycia zamiarów lub kryjówki ruchu oporu. Powoli zaczęto się zastanawiać, czy nie opuścili Meridian. To było jednak niemożliwe, zauważono by tak wzmożoną aktywność wampirów. Lord Sarafan wydał cichy rozkaz oczekiwania i wzmożonej czujności. Glyphwrights nieustannie zajmowali się rozwojem i usprawnianiem sieci Glyphów w Meridian. Poziom bezpieczeństwa wzrósł zauważalnie, co przyniosło stabilizację miastu.

Przenosiny Kamienia Nexus ograniczyły się do zwykłej papierkowej roboty. Szczęśliwie Sebastian odebrał za ludzkiego życia odpowiednie wykształcenie, więc przedsiębiorczość nie stanowiła dla niego większego problemu. Po dopilnowaniu tej sprawy, wampir mógł zwrócić się ku kolejnym zadaniom nie cierpiącym zwłoki.

Jako członek Zakonnej Rady Sarafan (której podlegała Miejska Rada Meridian), Sebastian często zabierał głos w sprawach dotyczących miasta lub okolic. Bardzo podobało mu się to zajęcie, w końcu był drugim po Lordzie Sarafan członkiem Rady. Zabawnym było dla niego oglądanie podległych rajców miejskich z wypchanym trzosem monet, pragnących załatwić ważny interes. Jednym pomagał, drugich nakazywał wtrącić do lochu za łamanie sarafańskiego prawa. Nie interesowało go, co dalej się z nimi działo. Uchwalane ustawy dobrze wpłynęły na rozwój miasta – przede wszystkim nastąpił wielki rozwój przemysłu wspomagany magią Glyphów oraz rozwój handlu morskiego z oddaloną kilkanaście mil morskich Wyspą Moonshade oraz morsko-lądowy handel z Freeport. Rozbudowano antywampirzy aparat policyjny, całkowicie nieprzekupny przez co wiele razy udowodnił swoją skuteczność.

Wracając do spraw obecnych. Pewnego razu, Sebastian dostał polecenie udania się do Wiecznego Więzienia w celu rozmówienia się z władzami tej instytucji. Lord Sarafan pragnął wzrostu efektywności resocjalizacji osadzonych przestępców, których w ostatnich latach zaczęło przybywać. Przekazał Sebastianowi specjalne dyrektywy postępowania i wysłał do Atriusa, naczelnika placówki.

Sebastian wziął ze sobą trzech Sarafan ze swej straży przybocznej, w tym Sir Martina. Rycerz przez te kilka lat nie zmienił się specjalnie. Awansowany na Lorda Inkwizytora, zakonnik oprócz poważniejszego i bardziej rozważnego wyrazu twarzy, nosił też krótką brodę, przez co wyglądał na bardziej doświadczonego rycerza. Kogoś z kim należy się liczyć. Pozostała dwójka to byli wielcy rycerze Sarafan, ubrani w charakterystyczną zbroję i wielkie dwuręczne topory. Obaj mieli ogolone głowy, zgodnie z przyjętą regułą czystości.

Ich podróż zaczęła się na Nabrzeżu, gdzie czekał na nich statek transportowy mający ich przewieźć do Wiecznego Więzienia. Oczywiście to nie była byle krypa, lecz galeon napędzany energią Glyphów i wiatru jednocześnie. Nadawało mu to sporą prędość. Załoga liczyła sobie dwustu ludzi, na każdej burcie stało po dwadzieścia dział. Doliczając po pięć na rufie i dziobie, okręt liczył sobie pięćdziesiąt dział. Nazywał się “Postrach Krakena”. Podróż zajęła kilka dni, wypełnionych nudą gdyż nie było nic czym mógłby się zająć Sebastian. Jako wampir, większość czasu wolał spędzać w swej kajucie by unikać kontaktu z wodą. Czasami jednak, gdy Południowe Morze było spokojne, lubił wyjść i popatrzeć na spokojnie płynące fale. Wiedział, że nigdy więcej nie będzie w stanie ich dotknąć. Mimo tylu lat, jego pasja i miłość do morza nie zaniknęła. Urodzony w szlacheckiej posiadłości położonej nad Jeziorem Łez, które uchodziło do morza, Sebastian od dzieciństwa był oswojony z wodą. Przemiana zmieniła go, teraz zaczęły nawracać do niego wspomnienia. Gdy trwała podróż, wampir W końcu przyzwyczaił się do nowych warunków, spędzając większość czasu na nostaligicznej obserwacji tego, co utracił. Chował się tylko, gdy nadchodził sztorm.

Eskorta Sebastiana spędzała czas na rozmowach z załogą i zapoznawaniem się z jej codziennym życiem. Uczyli się marynarskich zadań, pojęć i poleceń. Sir Martin jak zawsze wychodził z założenia: wszystko może się w życiu przydać. A nawet jak się nie przyda, to przynajmniej mam zajęcie. Szkoda życia na leżenie pokotem.

Bez żadnych przygód dotarli do podnóża Wiecznego Więzienia. Znajdował się tam niewielki port, “Postrach Krakena” jakoś zdołał tam zacumować. Kapitan statku obiecał, że zaczeka na powrót Sebastiana. Wampir wszedł do środka, gdzie już czekało na niego powitanie. To sam Atrius z kilkoma Strażnikami pofatygowali się, by osobiście go przywitać.

Strażnicy wyglądali w niemożliwy do pomylenia z kimś innym sposób. Nosili długie, ciemne płaszcze z kapturami, szare zbroje płytowe i stożkowate hełmy. Rysy ich twarzy były ukryte w całunie ciemności. Najbardziej rozpoznawalnym elementem były świecące fosforyzującą zielenią oczy. Nosili też swój atrybut: długie kosy, gdyż byli Żniwiarzami Dusz. Każdy z nich unosił się lekko w powietrzu, wszyscy milczeli.

Ich przywódca, Atrius, był Strażnikiem tak jak i oni. Wyróżniał się z tłumu tym, że był wyższy, masywniejszy i nosił karmazynowy płaszcz spięty niebieską broszą z wybitym symbolem klepsydry. Oczy miał takie same jak inni, ale świecące się bardziej intensywnie, wręcz wwiercające się w duszę. Sarafanie mimowolnie zadrżeli na ten widok. Sebastian zachował spokój.

Wampir uścisnął zimną rękę Atriusa.
– Jesteśmy zaszczyceni gościć tak ważną personę w naszym przybytku. – odezwał się nadzorca.
– Cieszę się, że nasze drogi znowu się spotkały. – odparł Sebastian. – Przybyłem jednak tutaj również w interesach nie cierpiących zwłoki.
Atrius westchnął zrezygnowany.
– Jak zawsze przechodzisz do rzeczy. Śpieszy ci się? Tutaj czas stoi w miejscu, a sekunda staje się wiecznością. Na razie wejdziemy do środka, a kiedy powrócisz, odkryjesz że minęły ledwie minuty. Poprowadzę, przez ostatnie pięćdziesiąt pięć lat powierzchniowych wiele się tutaj zmieniło. Z pewnością zechcesz poznać szczegóły.
Sebastian uśmiechnął się dyplomatycznie.
– Z przyjemnością, gospodarzu. Mechanizmy od pewnego czasu zaczęły budzić we mnie zainteresowanie i chętnie zapoznam się z nimi bliżej. Prowadź. – rzekł wampir.

Strażnicy poprowadzili swych gości wzdłuż długiego korytarza. Wszystko wyglądało tutaj surowo, zimno lecz nie odpychająco. Na ścianach rozwieszono liczne zegary i inne mechanizmy służące pomiarom mijającego czasu. Niektórych Sebastian w ogóle nie widział na oczu. Co chwili rozbrzmiewał dźwięk dzwonków, kołatania, stukania gdy zegary wybijały kolejne godziny. Każdy chodził inaczej. Korytarz nie miał żadnych odgałęzień, Sebastian nie widział tego co było dalej, gdyż z przodu jak i z tyłu majaczyła nieprzenikniona czerń. Kolejne przedmioty znikały w mroku. Wampir zaczął się zastanawiać, czy nie dreptają w miejscu.
– Wyczuwam wasze zakłopotanie, Sarafanie. – odezwał się Atrius- To moment przejścia pomiędzy światem zewnętrznym a Więzieniem. Nieprzyjemne wrażenia po chwili znikną.
Atrius nagle parsknął śmiechem. Jego usta na chwilę stały się widoczne. Były ludzkie.
– A teraz spróbujmy zdefiniować pojęcie chwili. To jakieś miejsce w ramach czasu… Czas, czas, czas. Tutaj jest cała wieczność. Wystarczy wyciągnąć rękę, a poczujesz jej ulotny dotyk. Przepływa wokół ciebie, zmienia cię. Dostosowuje do swych warunków. Jesteś jej niewolnikiem.

Sarafanie patrzyli na Strażnika spojrzeniem będącym kombinacją zdziwienia jak i fascynacji. Spokojny ton głosu Atriusa uspokajał ich, sprawiał że zapominali o wszystkim. Pogrążyli się w opowiadaniach Strażnika.

W ten sposób powoli zmierzali do celu, powoli mijając kolejne miejsca. W każdym można było znaleźć coś niepowtarzalnego, czego już nie ma, a jednak znalazło się w tym zbiorze. Niektórzy Strażnicy byli kolekcjonerami, zbierali pamiątki dni minionych i umieszczali w specjalnie przystosowanych gablotach.

Sarafanie i Strażnicy dotarli do wewnętrznej części Wiecznego Więzienia. Tam nastąpiło zderzenie z bardziej okrutną rzeczywistością. Przed ich oczami przeszła niezgrabna, łysa kobieta w białym fartuchu. Snuła się po całym korytarzu, całkowicie nieświadoma tego, co się dzieje. Coś mamrotała do siebie, jednak Sebastian nie zrozumiał nic z tych nieartykułowanych pomruków.

Nic dziwnego, skoro jej usta były zaszyte. Oczy spotkał ten sam los. Jednak nawet mając uszy, nie mogła wyczuć obecności gości. Żyła całkowicie zanurzona we własnym świecie widm i koszmarów z którego nigdy już nie miała się wydostać.
– To chyba pacjent numer B325, mistrzu Atriusie. – powiedział jeden ze Strażników.
– Ciekawe. To nie jest jej skrzydło. – odpowiedział zamyślony nadzorca. – Trzeba wezwać kogoś, by ją przeniósł. To jest skrzydło D.
– Na szczęście nie stanowi żadnego zagrożenia. Strażnicy tej sekcji już są w drodze. – zameldował drugi Strażnik towarzyszący Atriusowi.
Mistrz pokiwał głową i ruszyli dalej.

Sebastian miał teraz szansę zobaczyć Wieczne Więzienie również od środka. Jego ostatnia wizyta ograniczała się ledwie do przetransportowania kilku ważnych więźniów, z których Lord Sarafan już nie miał pożytku. Poznał wtedy Atriusa. To było dwadzieścia lat temu. Dziwnym dla niego było, że nadzorca tej instytucji znał jego charakter i przyzwyczajenia choć spotkali się tak dawno temu do tego tak krótko.

Rozmyślania przerywały mu widoki więźniów podobnie okaleczonych jak spotkana wcześniej kobieta. Byli tam również męźczyźni, a w niektórych dolnych salach spotykał również białe, przerośnięte pająki. Bez wątpienia demonicznego pochodzenia. Jak się dowiedział od Strażników, te pająki pojawiają się w nieużytkowanych częściach Więzienia, ciężko je wyplenić, ale z drugiej strony są skuteczne przeciw intruzom i zagubionym więźniom. Sebastian wolał nie wiedzieć, co te pająki robią tym “zagubionym”.

Nagle do jego uszu dotarł hałas. Krzyki, stęknięcia i odgłosy uderzeń mieszały się z komendami Strażników i tupotem stóp przerażonych więźniów. Sarafanie pobiegli, by sprawdzić co się dzieje. Dźwięk dochodził zza rogu jednego z korytarzy. Sebastian wyskoczył pierwszy, po czym ze zdziwieniem stwierdził że w jego kierunku leci zakrwawiony korpus więźnia. Wampir warknął i nadludzko szybko uskoczył przed makabrycznym pociskiem. Korpus uderzył w ścianę gdzie pękł na kawałki. Krew rozprysła na powierzchni tworząc artystyczny wzór krwawej róży.

Naprzeciw Sebastiana, znajdował się dziwaczny stwór siejący śmierć wokół zgromadzonych więźniów. Warczał, gulgotał i wydawał dzikie wrzaski od których włosy stawały dęba. Potwór był straszliwie okaleczony. Oprócz długich uszu i krótkich rudych włosów, jego twarz była całkowicie zakrwawiona. Sine, podkrążone oczy kryły w sobie czarne, płonące źrenice w żółtych tęczówkach. Paszcza bestii była rozwarta do granic możliwości. W jamie gębowej kryły się kawałki mięsa ściekające krwią jak również uzębienie z wydłużonymi kłami. To był wampir. Innym detalem przykuwającym jego uwagę były widoczne wnętrzności brzucha. Nie wiadomo jakim cudem jelita krwiopijcy trzymały się w miejscu. Na plecach nosił ogromny kocioł buchający kłębami ognia i dymu. Właśnie masakrował swe ofiary przy użyciu zakrzywionych szponów rąk i nóg.
– Świeże mięso! Dajcie mój przydział! Tysiąc czterysta uncji! – ryczał dziko. – Nie dostałem! Zatem wezmę sam!

Atrius warknął wściekle.
– Magnus. Znowu wymknął się spod kontroli.
– Musimy go powstrzymać, mój panie! – zawołał Strażnik. – Potrzebujemy wsparcia!

Sebastian stanął jak wryty. Magnus. Zatem tak skończył największy sługa Kaina zaraz po tym głupcu Azarielu. Ten drugi był jednak słaby, zaś Magnus… Podobno był potężniejszy od samego Kaina, jednak nigdy nie pomyślał o zdradzie. Gdy jednak zniknął podczas bitwy pod Meridian, jego los stanął pod znakiem zapytania. Zatem tutaj trafił… Tylko: jak? Przez głowę Sebastiana przeleciało tysiąc możliwych odpowiedzi. Szybko jednak przestał myśleć o czymkolwiek.

Oszalały wampir zaszarżował prosto na niego.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *