Czas Chaosu - powieść fantasy

Czas Chaosu
pióra Mathiasa
(#2)

Południowa część Imperium, zajęta przez nieumarłe hordy Cesarstwa Darthnings, była zdecydowanie mniej uporządkowana, a kościane łapska nekromantów kontrolowały ją słabiej niż rogaci sprzymierzeńcy swoją partię łupu. Tutaj wciąż trwała walka, a punkty tudzież obszary oporo można bez problemu umieścić na mapie o małej skali. Tam jednak, gdzie wrogowie usadowili się na dobre (a jakby nie patrzeć, przejęli już większą część południowych ziem i twierdz, sięgając zakresem swojej okupacji Centralnego Imperium i borów Groom, za którymi roztaczała się władza barbarzyńców), działy się rzeczy straszne, przy których wszelkie zabawy i zbrodnie diabłów wypadają w sumie amatorsko.

O ile bowiem pomioty piekieł swoje ofiary torturują i wykorzystują w boju do momentu ich bojowej użyteczności, po czym uśmiercają, o tyle nekromanci nie pozwalają swoim nawet spokojnie skonać. Co więcej, to właśnie wtedy, gdy demony pozbywają się już – w ich mniemaniu – ochłapów, to właśnie wtedy nieumarli uznają istoty ludzkie za najbardziej użyteczne. Rzec by można przewrotnie, że w przyrodzie nic nie ginie.

Schemat jest niemal zawsze taki sam. Wczesna ranek bądź późny wieczór. Bezbronni chłopi dopiero zaczynają codzienną pracę lub ją kończą, co czyni wioskę jeszcze bardziej podatną na atak. Wtedy przybywa czarownik na koniu w ciemnej szacie, z głową przykrytą kapturem i laską z kości w ręku. Towarzyszą mu konni rycerze w czarnych zbrojach, którym spod przyłbicy widać jedynie przerażające ślepia o czerwonej barwie. W dalszej kolejności pojawiają się kościste istoty dzierżące mosiężne rózgi oraz ubrani w szlacheckie kontusze bądź togi (w zależności od dokładnej lokalizacji), zwykle wysocy i względne przystojni mężczyźni, którzy morfologicznie wyróżniają się od ogółu ludzi klasy wyższej nienaturalnie długimi kłami, odstającymi szpiczastymi uszami i przede wszystkim długimi praktycznie całkowicie zrogowaciałymi szponami.

Pierwszym etapem jest tak zwane żniwo. Cały nekromancki orszak bierze udział w rzezi wieśniaków zgodnie ze swoimi zdolnościami i upodobaniami. Następnie ciała układa się w kilku rzędach, po czym czarownik dokonuje niezbędnych rytuałów. Z pomocą potężnej magii śmierci ożywia się trupy, pozbawiając je jednocześnie wolnej woli i władzy nad umysłem. Tym samym dusza ludzka zostaje uwięziona w martwym, bezwolnym ciele. A nie ma gorszego cierpienia dla duszy niż pozbawienie jej wolności i skazanie na nieustający marsz. Ostatnią fazę stanowi odwiedzenie przez orszak miejscowego cmentarza i rozkopanie grobów w celu pozyskania kolejnych rekrutów w postaci szkieletów. Tak zazwyczaj wygląda pacyfikacja osady dokonywana przez nieumarłych.

Od czasu wkroczenia wojsk Darthnings do Imperium takie rzezie stały się chlebem powszednim. W wyniku terroru nekromantów kraina stopniowo stawała się jednym wielkim rozrastającym się liczebnie obozem martwiaków. Nie było litości dla nikogo. Ludzie żyjący w ciągłym, strachu opuszczali swe domostwa i uciekali ku puszczom i górom. Tam czekała na nich naturalnie pewna śmierć z głodu lub pod pazurami dzikich zwierząt. Wszystko było jednak lepsze od bezwolnej posługi w gnijącym ciele. Dlatego też zdarzały się nawet desperackie przypadki, kiedy to pojedynczy mieszkańcy przekraczali granicę stref okupacyjnych, po czym chwytano ich do armii demonów Xillax lub w niewolę piekielnych magnatów. Woleli oni bowiem cierpienie, ból, strach i łzy, a nawet opętanie nie mniej zniewalające niż te oferowane przez nieumarłych, ale kończące wraz ze zużyciem materiału i śmiercią.

O ile brak nadziei w serach ludzi męczonych przez tyranię piekieł wynikał z bólu i bezsilności, ale ustępował wraz z zatrzymaniem akcji serca lub ustąpieniem demonicznego uroku, o tyle w Sektorze Plonów Cesarstwa Darthnings był on efektem jej braku rzeczywistego braku w ogóle. Tak, tę krainę całkowicie pozbawiono tak niezwykle ważnej wartości, która pozwalała różnym ludom, nacjom, rasom przetrwać okrutne zabory, terrory, gwałty, rządy przemocy. Nie można było się nawet łudzić, że kiedyś nadejdzie Wybawienie o imieniu Śmierć. Przyszła natomiast Niewola tym imieniem się tytułująca. Człowiek bez nadziei jest pomiędzy życiem a umieraniem, postawiony tam w sposób trwały, bez możliwości przejścia na którąkolwiek ze stron. Nie ma gorszego stanu. Nawet nieszczęśliwa miłość – uczucie z górnej półki cierpienia duszy – nie mogła równać się z brakiem nadziei. Idealnie natomiast z nim współgra, tworząc coś więcej niż tylko torturę i niewytrzymywalne katusze. Jak to dobrze, że chociaż tego jednego oszczędzono nieszczęśnikom z południowego Imperium.

W kwestii zwyczajów nieumarła śmietanka była bardziej pragmatyczna od sojuszników z zachodu, choć w ich działaniach nie brakowało szczypty ekstrawagancji z odrobiną ujmującej finezji. Nekromanci wraz ze swymi sługami zajmowali twierdze i zamki pokonanych. Wampiry szczególnie upodobały sobie folwarki szlacheckie, gdzie najczęściej osiadały. Wbrew powszechnym stereotypom nie spały w trumnach ani piwnicach z obawy przed słońcem. Nie mogły przecież odmawiać sobie luksusów dworków, w których mieściły się przestronne komnaty sypialne z niezwykle wygodnymi łożami. Dla ochrony przed światłem, którego faktycznie nie lubiły, ale wcale nie było dla nich szkodliwe (ani tym bardziej śmiertelne), jak się powszechnie uważa (pogląd ów wziął się z tego, że w wyniku mody u wampirów na skrajnie biała cerę, bardzo łatwo ich ciała ulegały dotkliwym poparzeniom słonecznym, przez co starały się go unikać), zamalowywały okna czarną farbą.

Podrzędne istoty martwe zajmowały byłe osiedla ludzkie. Upiory, mary, zjawy i duchy często przenosiły się na wsie z uwagi na słabość do kontaktu z naturą (te potwory bowiem nie były wytworem czarów ożywieńczych, ale w wyniku potępienia przez Najwyższą Instancję zostały z powrotem zesłane na ziemię, gdzie dołączyły do hord martwiaków). Tam uprawiały coś, co śmiertelnicy nazywają straszeniem. Nie wnikając za bardzo w szczegóły efektami tych czynności były krzyki, wrzaski i jęki, które echem docierały do uszu przerażonych mieszkańców pobliskich osad (tych jeszcze nieodwiedzonych przez nekromantów).

Wojsko Darthnings było słabsze niż legiony potępionych, ale znacznie większe. Jego trzon stanowiły niezliczone, stale powiększane hordy szkieletów, półszkieletów, zombiaków, zbrojnych trupów i kościanych wojowników. Wspomagały je duchy i upiory. Elitarną część armii stanowiły wampire, lisze, rycerze śmierci i oczywiście nekromanci. Ci ostatni dowodzili masami wojska, a zarazem zadawali potężne ciosy magiczne. Czasami wojska posiadały ponadto silny atut w postaci smoków śmierci zionących trującym i żrącym kwasem (według alchemików Kurateli Cesarstwa Vinn jest to mieszanina trupiego jadu ze stężonym kwasem żołądkowym wzbogaconym o cyjanek, rtęć oraz parę innych destrukcyjnych substancji).

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *