Czas Chaosu - powieść fantasy

Czas Chaosu
pióra Mathiasa
(#3)

Zupełnie inny charakter od samego początku miała inwazja barbarzyńców z Nox. Na początek uściślijmy jedno – atak ten nie był oparty na porozumieniu z Darthnings czy Xillax. Co więcej, to nie barbarzyńcy okazali się prowokatorami kampanii. Cała ta wojna stanowić może książkowy przykład, jak lokalne niepokoje potrafią przerodzić się w otwartą walkę zbrojną, która przelewa się na cały kraj i w ten sposób wpędza go w niemałe tarapaty.

Wszystko zaczęło się bowiem od niewielkiej gminy przygranicznej na północy Imperium o nazwie Kassyntia. Zamieszkiwała ją w miażdżącej większości ludność górska, stosunkowo blisko spokrewniona z plemieniem Tullu. Od rodu oddzieliły górali kilkadziesiąt lat temu klęski głodu i poszukiwania żywności. Nigdy już jednak nie wrócili do ojczyzny z powodu przesunięć granic i zakazu opuszczania Imperium przez okres czterech pokoleń (w ramach tak zwanego Planu Wielkiej Rady dotyczącego prowincji). Już sama ta sytuacja musiała być w odczuciu dumnych górali ogromnym poniżeniem. Do żadnej konfrontacji jednakże nie doszło, ponieważ przez trzy pokolenia Kassyntią rządzili przedstawiciele jej ludu, zaufani i rozsądni starsi.

Sytuacja skomplikowała się, gdy wybuchła wojna pomiędzy Imperium a Darthnings. Cesarz Lacjusz wydał wówczas nadzwyczajne edykty dotyczące postępowania władzy i mieszkańców w obliczu zagrożenia, w szczególności zaś zawierał obostrzenia odnośnie prowincji. Jeden nakazywał utrzymanie porządku i dyscypliny we wszystkich rejonach państwa. Drugi nadawał namiestnikom specjalne uprawnienia w tej kwestii. Mogli oni między innymi dowolnie ustanawiać i zmieniać zarządy i władze na całym podległym im obszarze. Namiestnik Valerii Wschodniej, do której przynależała Kassyntia, o imieniu Thimotei postanowił energicznie przystąpić do realizacji monarszych rozporządzeń i zastąpił w zasadzie wszystkie rady posłusznymi mu szeryfami, pochodzącymi z jego rodziny bądź kręgów przyjacielskich (bynajmniej doświadczenie czy kompetencje nie stanowiły istotnego kryterium przy doborze nowych urzędników, co zresztą nie jest niczym nowym ani zaskakującym, stanowiąc plagę większości systemów politycznych w każdym miejscu i czasie).

W Kassyntii dorastało już czwarte pokolenie, ostatnie, które obowiązywał przymus osadniczy. Rada starszych przygotowywała zatem odpowiednie środki prawne, dyplomatyczne oraz materialne, aby za 20-30 lat potomkowie górskiego klanu mogli zacząć spokojnie migrować w kierunku swej ojczyzny. Wtem jednak starsi zostali rozwiązani, kiedy to pewnego słonecznego poranka do miasteczka przybył orszak z nowym szeryfem – rycerzem Alrickiem Alomorem – na czele.

Rządy obcego stanowiły coś poniżającego dla honorowych barbarzyńców. Rozpoczął się okres niepokojów, które w wyniku kolejnych posunięć despotycznego zarządcy przerodziły się w otwarty konflikt. Alrick nałożył na lud wysoki podatek wojenny oraz daninę na rzecz założonego przez siebie dworu. Zabronił obchodzenia bezbożnych świąt plemiennych, które zastąpił publicznymi apelami oraz defiladami swojej rosnącej gwardii. Wszelkie przejawy nieposłuszeństwa surowo karał. Utworzył specjalny korpus milicji, który miał zapewnić porządek i poczucie bezpieczeństwa (dyskusyjną jest sprawa, czyjego). Takiego ucisku Kassyntia dotąd nie zaznała. Nic więc dziwnego, że wkrótce ukształtował się ruch oporu.

Czarę goryczy przelało unieważnienie przez Alricka planów starszyzny dotyczących repatriacji potomków barbarzyńców. Zakazał także wyjazdu z kraju kolejnym dwóm pokoleniom z powodu jakichś sfabrykowanych (bądź też nie) spisków na jego życie. Cztery pokolenia Kassyntii żyły i pracowały na rzecz Imperium, aby po upływie ustalonego przez Plan Wielkiej Rady czasu ich potomkowie mogli powrócić na łono Tullu. Odebranie wolności ludowi górskiemu jest działaniem niezwykle ryzykownym, jednak jego oszukanie – to wypowiedzenie wojny.

Dlatego barbarzyńcy następnej nocy po ogłoszeniu haniebnych postanowień Alricka powstali zbrojnie przeciw jego tyranii. Wybili wszystkich milicjantów, podpalili koszary gwardzistów, wtargnęli na dwór szeryfa i dokonali spektakularnej (ze względu na niepohamowanie oraz krwawość) rzezi wśród urzędników i służby. Sam Alrick zdołał jednak umknąć ostrzu barbarzyńskiego topora, gdyż uciekł z miasta do swego patrona Thimotiego. Cóż, złego tak łatwo diabli nie biorą. Inna sprawa, że gdy już wezmą, to – jak mawiali staroprzodkowie – próżno szukać szczątków wartych pochowania.

Kassyntia ogłosiła niezależność od Imperium i wezwała do pomocy plemię Tullu. Ci z kolei zaktywizowali inne klany i w ten sposób zjednoczone siły barbarzyńców z Nox ruszyły na pomoc swym pobratymcom. Król Borak III wypowiedział wojnę Imperium.

W tym czasie namiestnik Valerii Wschodniej wysłał armię w celu zaprowadzenia porządku w Kassyntii. Jednak wówczas kolejne miasta barbarzyńskie zaczęły obalać zarządców i ogłaszać niezależność od Imperium. Sytuacja wymknęła się spod kontroli.

W Kassyntii spotkały się wojska Thimotiego oraz króla Boraka. I chociaż namiestnikowi udało się pokonać barbarzyńców w tej krwawej bitwie, a miasto zrównać z ziemią, to brak posiłków ze strony zaangażowanego w walkę z Darthnings cesarza spowodował, że po trzech tygodniach Thimotei musiał się wycofać.

Barbarzyńcy zalewali Imperium. Wkrótce przejęli Valerię Wschodnią oraz inne tereny przygraniczne, po czym zaczęli wchodzić coraz bardziej w głąb państwa, zdobywając kolejne przyczółki i pustosząc wszelkie napotkane lokacje. Tym sposobem dotarli do stanu aktualnego.

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *