Fantastyczne Opowieści

Wieczna Zima
Autorstwa Deferdusa (Tajemnice Antagarichu)

Rozdział 1 – Mroźne Piekło

Chłopiec szedł przez potężne zaspy, zmagając się z wiatrem zmrażającym mu wszystkie kończyny oraz twarz. Śnieg wpadał mu za trójwarstwowy, bawełniany szalik, wywołując swoim zimnem piekielny ból i pieczenie twarzy. Od 29 lat, dzień w dzień jest tak samo. W dzień i noc temperatura nie zmienia wartości minus pięćdziesięciu sześciu stopni Celsjusza. Ludzie ginęli by przynieść trochę wody i jedzenia dla rodziny. Według legendy istnieje jednak wybawienie. Otóż, w pewnym niedostępnym dla ludzkości miejscu żyje czarnoksiężnik, który sprowadził na świat „Wieczną Zimę”. Nikt nie zna powodów, dla jakich to zrobił. Krążą też słuchy, że sam żyje w luksusie, w miejscu gdzie panuje ciepły klimat, a jedzenia i wody jest pod dostatkiem.

Eryk sprawdził, czy pod kurtką dalej jest bochenek chleba. Na szczęście, nie wypadł i dalej tam tkwi. Nie chciał jeść lodów chlebowych w taką pogodę, w sumie zjedzenie lodów mogłoby być dla niego nawet mordercze. Szedł dalej przez zawieję, praktycznie bez czucia w rękach i nogach gdy wreszcie dojrzał swój dom… a raczej schronienie, ponieważ teraz tylko szczęśliwcy posiadali dom w którym jest choć trochę ciepło. Przeszedł po warstwie śniegu sięgającej mu do kolan i wszedł na niewidoczne pod białym puchem schody. Znał na pamięć ich położenie, nie musiał nawet patrzeć. Otrzepał się szybko ze śniegu i wszedł do budynku jak najprędzej zamykając za sobą drzwi. Wreszcie wyszedł z tego piekła, znajdując się teraz w miejscu tylko trochę lepszym, ponieważ nie wiał tutaj mroźny wiatr.

Zdjął wielką kurtkę gdy otworzyły się drzwi, w których ukazał się Daniel w swoich okrągłych okularach. Był dla niego jak ojciec, chociaż biologicznie pozostawał starszym bratem. Opiekował się nim od zawsze, nawet gdy byli przy nich jeszcze rodzice, którzy nie wrócili już z mroźnego piekła.

– Masz? – spytał z nadzieją mężczyzna i poprawił okulary.
– Tak. Eddy załatwił nam dzisiaj cały bochenek – powiedział Eryk wręczając bratu zmarznięte pieczywo.
– Wiem, że nie zrobił tego z dobroci… Czego chciał?

Eryk motał się przez chwilę przy rozwiązywaniu grubych butów zawiązanych na kilka supłów. Po chwili milczenia odpowiedział jednym, obojętnym słowem.
– Amunicji.
– Po co mu amunicja?
– Nie powiedział mi.

Daniel westchnął i rzucił młodszemu o całe siedem lat bratu paczkę pocisków do Glocka, którym posługiwał się Eddy przy swoich „legalnych” transakcjach. Ten człowiek pomagał im przetrwać, ponieważ był bliskim przyjacielem ich ojca, z którym służył w wojsku przez kilka lat. Później jednak nadszedł czas mrozów który nigdy nie minął. Wtedy wojsko pomagało ludziom przez kilka lat, a później, gdy były coraz większe straty, żołnierze zbuntowali się i zaczęli działać na własną rękę, pozostawiając nielicznych którzy dalej pomagali. Eddy niestety był po tej „złej stronie” i odszedł. A było to trzy lata temu.

Osiemnastoletni Eryk wiedział, co ma zrobić z tą paczuszką, ale teraz musiał odpocząć. Miał kilka dni na dostarczenie paczki, a adresat mieszka tylko kilka kilometrów stąd. Był przyzwyczajony do takich podróży, wiedział jak iść aby jak najmniej odczuć całe zimno. Gdy z ubrań które założył na wędrówkę został mu tylko ciepły szalik, czapka z pomponem, i ubrania które nosi zwykle w domu, wszedł oficjalnie do przedpokoju, w którym były schody na górne piętro, a pod nimi pełno pustych słoików, w których musiały być zapasy poprzednich właścicieli. Ruszył w prawo i mijając toaletę wszedł do kuchni.

– Gdzie Merry? – spytał chłopak siadając przy stole.
– Jeszcze nie wróciła. Miałem nadzieję, że będzie z tobą. – odpowiedział Daniel podając mu herbatę, zrobioną z prawie ostatnich już piramidek Lipton. Ciepłą wodę zapewniał im czajnik i dostęp do gazu, co było rzadkością.
– Jak to jeszcze nie wróciła?! – wybuchł uderzający pięścią w stół osiemnastolatek. – Czemu mówisz to takim spokojnym głosem! Jakby Ci wcale…
– Uspokój się! – krzyknął na niego brat uderzając go otwartą dłonią w twarz. – Jest silna, na pewno niebawem wróci. Po za tym była w dalszych rejonach niż ty, to i tak dziwne by było jakby wróciła równocześnie z twoim powrotem. – powiedział i uspokoiwszy się poklepał go po głowie – Przepraszam, młody. Nigdy więcej nie próbuj mówić, że mi na was nie zależy.

Nagle obaj usłyszeli otwierające się drzwi, a potem serdeczny i zmarznięty kobiecy głos.
– Jestem!
– O wilku mowa, a wilk tuż.

Eryk odetchnął z ulgą i wypił trochę herbaty. Merry była jego rówieśniczką. Nigdy nie traciła humoru i zawsze im obydwu pomagała. Nie była z nimi spokrewniona. Daniel dojrzał ją kiedyś w śniegu. Leżała nieprzytomna, z odmrożeniami i wychłodzonym ciałem. Do dzisiaj nie powiedziała im jak się tam znalazła, pewnie z powodu swojej amnezji, przez którą nie pamięta prawie nic przed obudzeniem się przy ognisku w tym właśnie domu, w którym mieszkali dwaj bracia. Gdyby nie oni, pewnie byłaby już martwa, dlatego za uratowanie życia jest zdolna z wdzięczności zrobić dla nich wszystko. Razem żyją jak jedna rodzina. Dziewczyny mimo jej wad nie da się nie lubić. Jest straszną niezdarą, a nadmierny optymizm i lekkomyślność wpakowują ja często w kłopoty. Ale to nie znaczy, że nie może być poważna.

– Już nic nie mają. – powiedziała Merry odgarniając długie, ciemne i włosy do tyłu. Daniel podał jej herbatę. – Dzięki. Pójdę jeszcze jutro, może dostaniemy trochę jedzenia.
– Nic dziwnego, że nic nie ma. Do jadłodajni trzeba iść tydzień przed otwarciem aby dostać kromkę chleba. – powiedział Eryk kończąc swoja herbatę.
– Jutro nie będziesz musiała iść. Eddy dał nam cały bochenek chleba.
Merry usiadła przy stole i wypiła szybko trochę gorącego napoju.
– To dobrze… – powiedziała – Myślicie, że uda nam się to odnaleźć?
– Na pewno! Nie poddam się, dopóki nie znajdę sposobu na dotarcie do zwanego przez większość „Raju”. – odpowiedział zdecydowanie młodszy brat. – Nie wiem jak możesz zadawać takie pytania. – dodał po czym wstał i udał się w stronę swojego pokoju. – Odpocznijmy, za dwa dni chcę wyruszyć.

Rozdział 2 – Eddy

Słońce mocno świeciło i ogrzewało świat coraz mocniej i mocniej. Morskie fale z ciepłą wodą uderzały o brzeg nanosząc i zabierając kolejne warstwy białego piasku. Było gorąco, wymarzony dzień aby popływać i ochłodzić się. Patrząc w na plażę przez naprawdę mocne światło można było dojrzeć bawiące się dzieci i obserwujących je dorosłych. Światło stawało się pomału coraz mocniejsze i mocniejsze aż w końcu zaślepiło całkowicie obserwatora.

Eryk obudził się na swojej zniszczonej kanapie pod kilkoma warstwami koców i kołder. Zauważył, że było mu pod nimi po prostu gorąco. Delektował się krótko chwilą ciepła po czym zrzucił z siebie tony pościeli, założył swoją szarą czapkę, zielony szalik i ruszył w stronę kuchni aby zjeść trochę chleba. Gdy dotarł do celu zauważył już siedzącego przy stole Daniela i obserwującego przez okno nie ustępującą zamieć, która trwała od dobrych kilku dni.

– Naprawdę chcesz wyruszyć w taką pogodę? – spytał nie odrywając wzroku od spadających płatków śniegu.
– I tak nie mamy nic więcej do zrobienia. Gdzie Merry? – spytał chłopak
– W swoim pokoju, chyba jeszcze śpi. Straszny z niej śpioch.
– Nie dobrze by było jakby zasnęła w czasie drogi. – zaśmiał się młodszy brat, wziął kawałek chleba po czym ruszył w stronę pokoju przyjaciółki.

Zapukał cicho do drzwi. Nikt nie odpowiadał. Zapukał trochę mocniej. Dalej odpowiadała mu tylko głucha cisza.
– Merry wstawaj! Niedługo idziemy! – powiedział głośno do drzwi.
– N-no już… – odpowiedział mu zaspany głos i ciężkie kroki – Przyjdę za chwilę, nie musisz tak krzyczeć…
– Pośpiesz się trochę. – powiedział jeszcze do drzwi i ruszył szybko po schodach na dolne piętro. Po niedługim czasie zjawiła się też przecierająca oczy, ospała Merry, w swoim czarno-żółtym szaliku pewnej drużyny piłkarskiej. Zegar wskazywał godzinę 8:50. Dziesięć minut później wyruszyli.

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Szli pod wiatr, więc ten często wiał im w oczy, dlatego utrudniało im to rozglądanie się po terenie. Wędrowali już od dłuższego, nie znanego im samym czasu, a ich celem było niedalekie miasteczko, w którym odpoczną po podróży.
– Daniel! – krzyknął Eryk – Odwiedźmy może Eddiego! Musimy mu przecież zanieść naboje!
Brat przez wiatr świszczący mu w uszach ledwo go usłyszał. Przynajmniej ustąpił śnieg, który całkowicie uniemożliwiłby im podróż.
– Dobra! – odpowiedział – Najlepiej chodźmy od razu! Przy okazji trochę odpoczniemy!

Gdy dotarli przed drzwi domu, w którym mieszkał pomagający im dobroczyńcza, zapukali ciężko i mocno do drzwi. Wiedząc, że starszy mężczyzna nie grzeszy już dobrym słuchem odczekali trochę i zapukali ponownie. Nikt jednak nie otworzył.

– Wchodzę tam. – powiedział już spokojnie Daniel, gdyż ściana osłaniała ich przed pędzącym mroźnym wiatrem.
– No nie wiem, trochę niegrzecznie jest wchodzić do czyjegoś domu od tak. – wyszeptała cicho Merry, ponieważ wiatr naprawdę mocno zmroził jej twarz, sprawiając jednocześnie wrażenie jakby po lekkim znieczuleniu, dlatego ciężej było jej mówić.
– Jesteśmy jego przyjaciółmi, nie powinien mieć nic przeciwko naszej wizycie. – odrzekł najstarszy z grupy i nie czekając na odpowiedź otworzył szeroko drzwi, po czym po wpuszczeniu reszty kompanów zamknął je. – Eddy! Jesteś tutaj!? To my!

Dalej odpowiadała im głucha cisza, przerwana tylko cichym „Boże, jak dobrze się ukryć” wypowiedzianym przez Merry.
– Co jest z tym dziadkiem. Śpi? Nie mamy dużo czasu. – zdenerwował się Daniel i ruszył szybko do przodu. Gdy dotarł do miejsca, w którym starszy człowiek uwielbiał przebywać pobladł na twarzy i nie był blady z powodu mrozu, a ze strachu.
– Co się stało, Dan? – spytał Eryk, i zaczął się do niego zbliżać.
– Ku*wa…
– To, że jesteś starszy nie znaczy, że powinieneś przeklinać. – ciągnął młodszy brat i gdy dotarł celu zauważył czemu jego opiekun się załamał. Przy biurku, w kałuży krwi siedziała nieruchoma i zmarznięta postać, z rewolwerem w jednej dłoni, zwisającej bezwładnie. Mężczyzna postanowił popełnić samobójstwo.
– Mój Boże. Nie mów, że jest martwy. – nie mógł uwierzyć młodszy brat który podszedł szybko do ciała.
– Nawet jakby przeżył postrzelenie się, nie przetrwał by z ranami w tym zimnie. Specjalnie się nawet na to zabezpieczył zostając w samej koszulce i krótkich spodniach… Cholera jasna, kto nas będzie teraz tutaj wyżywiał? Innego kontaktu z jedzeniem nie mieliśmy, pomijając głupią jadłodajnię, która otwierana jest raz w tygodniu, z niewielkimi zapasami jedzenia.
– Zostawił list. – powiedział Eryk, i zaczął czytać na głos słowa na kartce znalezione na biurku.

„Eryku, z tego co przewiduję pierwszy znajdziesz tutaj moje ciało. Nie mam już dostępu do jedzenie, wojsko przerwało pomoc byłym żołnierzom, ponieważ wzięto nas za zdrajców i złych. Weźcie całe moje zapasy, możecie też zabrać broń, o ile jeszcze jakaś oprócz mojego rewolweru działa. W sumie możecie wziąć praktycznie wszystko. Przyda wam się bardziej w trakcie podróży. Przywróćcie proszę światu dawne ciepło, dla mnie nie było już tutaj nadziei.

Podpisane: Wasz Eddy”

Przez dłuższą chwilę po przeczytaniu listu panowała cisza. Została jednak przerwana silnym uderzeniem w futrynę drzwi.
– Nie możemy się załamać i poddać z powodu jego śmierci. On w nas wierzył i nadal wierzy nie ważne, gdzie się teraz znajduje. Musimy dopiąć swego celu. – mówił Daniel – Weźmy te zapasy i ruszajmy dalej. Każdy odpoczął?
Odpowiedzieli tylko smutnym kiwnięciem głową.
– Weźmy co trzeba i chodźmy stąd jak najszybciej. Przeraża mnie świadomość, że jest tutaj martwe ciało. – dodała do wypowiedzi okularnika Merry, już trochę głośniej, po ogrzaniu policzków w ciepłym szaliku.

Każdy rozszedł się w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów.

Dalsza podróż trwała w niezbyt przyjemnej atmosferze. Nikt do siebie nie odezwał się nawet słowem, co nie było usprawiedliwione walką z wiatrem, ponieważ ten wyraźnie zaczął się osłabiać. Z domu Eddiego wzięli tylko trochę zapasów w formie chleba, oraz różnych drobnostek, które mogłyby pomóc w całej podróży. Daniel zabronił komukolwiek brać jakiejkolwiek broni, ponieważ jak mówił „nie rozpoczęli tej podróży, aby nieść rany i śmierć, ale aby przywrócić światu poprzedni klimat”. W sumie żaden z nich nie pamiętał ciepła, świecącego, gorącego słońca oraz wycieczek bez kurtek, szalików i innych części garderoby, które miały za zadanie ochronić nas przed zimnem.

– Daleko jeszcze? – marudziła złotowłosa Merry, którą wyraźnie nudził i męczył już ciągły marsz – Wolałabym zostać w domu i przeleżeć cały dzień…
– Nie możesz mieć takiego nastawienia. – odrzekł Eryk, zdenerwowany marudzeniem przyjaciółki – Nikt nie wie ile może się jeszcze dłużyć droga, może nawet nie…
– Wyszliśmy już z naszego miasteczka, mamy do przejścia jeszcze jakiś kilometr. – wtrącił bez emocji najstarszy w grupie nie przerywając swojego równego marszu.
– Skąd to…
– Wziąłem z domu Eddiego mapę. Było na niej zaznaczone nasze położenie. Wiem mniej więcej gdzie jesteśmy. – znowu przerwał młodszemu bratu Daniel. Eryk postanowił nie odzywać się więcej. Dan nie był rozdrażniony śmiercią Eddiego, z którym miał bliskie kontakty. Na pewno myślał teraz o rodzicach, którzy, według jego znania, pozwolili sobie umrzeć spokojnie bez żadnej walki. Nigdy nie znaleźli ich ciał, ale ludzie mówią, że leżeli zamarznięci na kamień pod śniegiem z kawałkiem chleba w dłoniach. Ale on sądził, że uciekli i zginęli gdzieś w śniegu bez śladu, oraz, że nikt o tym nie wie. Niestety nikt im nic więcej nie powiedział oprócz tej „bajki”. Daniel zachował się jednak dojrzale i przejął nad bratem opiekę. Nie czuł żalu i smutku, ale nienawiść i wściekłość, że rodzice musieli ich zostawić w takiej sytuacji. W pewnym czasie wszystko się ogarnęło, a niedługo potem znaleźli Merry. Myślał teraz o tym, co by było, gdyby ich rodzice nadal żyli, gdy nagle wpadł w wielką zaspę śniegu o mało w nią jeszcze nie wpadając.

– Cholera, co jest!? – krzyknął wściekły po czym spojrzał szybko na mapę – No tak, powinniśmy być na miejscu.
– Dan, spójrz przed siebie. – powiedziała Merry drżącym głosem, wyraźnie wskazującym na to, że jest przerażona. Mężczyzna odwrócił wzrok i dojrzał jedynie grube warstwy śniegu, sięgające do ok. 10 stóp wysokości położonych w tym miejscu domów. Krajobraz przedstawiał prawie zniszczone budynki całego miasteczka. Wszystko wskazywało na to, że ludzie uciekali stąd w popłochu. Śladów w białym puchu jednak nie było wcale…

Wiatr ustał całkowicie odsłaniając teren, na który naszła mroźna katastrofa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *