Czas Chaosu - powieść fantasy

Czas Chaosu
pióra Mathiasa
(#7)

Następnego dnia pogrzebano zwłoki poległych. Zginęło cztery tysiące ośmiuset osiemnastu żołnierzy, głównie w pierwszej fazie bitwy. Strat po stronie Darthnings nie sposób było dokładnie obliczyć (nie trudzono się tym zresztą specjalnie). Według pobieżnych szacunków Fröm stracił około stu czterdziestu tysięcy żołnierzy, w tym Gwardię Pożogi. I o ile mięso armatnie jest jeszcze w stanie częściowo zregenerować żniwami, o tyle tej elitarnej jednostki już nie odzyska. I to najbardziej cieszyło Richarda, który po raz kolejny się nie pomylił.

– Panie generale! – zawołał przejęty adiutant. – Przybył herold z Windheim. Ma bardzo ważne wieści.

Przez dotychczas spokojne oblicze wodza przebiegł cień niepokoju. Już wiedział, co herold mu powie.

– Przyprowadź go do mnie natychmiast!

Po kilku chwilach do namiotu wpadł zdyszany mężczyzna o południowych rysach twarzy z kołczanem na plecach i zwitkiem pergaminu w dłoni.

– Chwała ci, generale de Gloss! Winszując wielkiego zwycięstwa nad armią śmierci przynoszę ważne wieści od kasztelana Windheim.

– Mów zatem prędko, heroldzie – odrzekł beznamiętnie Richard, choć w głębi serca zaczynał się niecierpliwić.

Mężczyzna rozwinął pergamin i przeczytał krótką wojenną notę:

– Do Richarda de Gloss, generała Sił Imperialnych, baroneta Altmarck: miasto zostało zaatakowane przez siły Darthnings. Potężny batalion, grubo powyżej stu tysięcy martwiaków. Dowodzi im Jego Potworność Ashoka Krieg. Smoków nie zaobserwowano. Wytrzymamy około tygodnia. Podpisano: Ulryk Starszy, kasztelan twierdzy Windheim.

Richard tym razem nawet nie krył zaskoczenia. Liczył się z tym, że nieumarli napadną na Rzemyk, nie spodziewał się jednak, iż ruszy tam sam Ashoka Krieg. Ten potworny ludobójca jest całkowicie nieprzewidywalny i inaczej niż w przypadku Valrocka Fröma generał de Gloss nie był w stanie nawet zgadnąć, jaki pomysł taktyczny może zrodzić się w jego podłym, szalonym umyśle.

Niedługo się jednak zastanawiając Richard odparł:

– Przekaż swemu kasztelanowi, że za cztery dobry przybędziemy z odsieczą. Mamy tu jeszcze coś do załatwienia. Do tego czasu musicie wytrzymać bez straty choćby słomianej chaty w podgrodziu.

– Tak jest, generale!

– Odmaszerować, heroldzie.

Rozdział III

Trzy miesiące przed bitwą na Stepach Światłości i fenomenalnym zwycięstwem wojsk generała Richarda de Gloss Imperium żyło okrutną informacją o zabiciu przebywającego w niewoli u demonów Xillax cesarza Lacjusza. W murach Akademii Magicznej Confludia, pełniącej po upadku Vallenstein funkcję siedziby władz i sztabu generalnego zgromadzili się najwyżsi rangą urzędnicy, arcykapłani, czarodzieje i wojskowi. A raczej ci, którzy przeżyli pogromy i serię porażek imperialnych. Zabrakło ponadto dowódców aktualnie zaangażowanych w walkę, a także reprezentantów regionów obleganych przez najeźdźców, w tym Rzemyka Wolności czy Enwalentu.

W tej sytuacji pojawiło się dwudziestu czterech mężców, którzy wspólnie mieli zaplanować kolejne posunięcia kraju stojącego na skraju upadku. Tworzyli oni ciało zwane Wielką Radą, która w normalnych warunkach doradzała cesarzowi w kwestii dalszych posunięć oraz tworzyła projektu praw i rozwiązań problemów państwowych. Przewodził jej monarcha, a w razie śmierci najstarszy wiekiem arcykapłan kultu Najwyższej Instancji.

Obrady szesnastego dnia Miesiąca Błysku poprowadził zatem sędziwy acz krzepki Salvatore Clancy, który za życia miłościwego Lacjusza był jego spowiednikiem oraz prawą ręką w kwestiach administracyjnych. Ten niewysoki duchowny z północno-zachodniej prowincji Smogelid rzadko kiedy wtrącał się w spory polityczne, a gdy już to robił, nie popierał żadnej ze stron, tylko dążył do kompromisu. Cierpliwy, spokojny mnich z Zakonu Srebrnego Lisa nigdy nie osądzał z góry, w każdym człowieku widział cząstkę dobra, ów boski pierwiastek, czyniący go lepszym od zwierząt i bestii tego świata. Idealny kandydat na przewodniczącego Rady.

Confludia była renomowanym uniwersytetem magicznym, ustępującym sławą i kontraktami ze środowiskiem czarodziejskim tylko Królewskiej Akademii Vallenstein. Po zburzeniu konkurencyjnej placówki przez pomioty piekieł stała się centrum kulturowym wolnych obszarów Imperium oraz azylem dla elit. Główna sala wykładowa katedry Magii Stosowanej i Zakklęć Niebieskich (wyjaśnienie tej nazwy mogłoby zająć więcej czasu, niż przeciętnemu organowi politycznemu zajmuje uchwalenie ustawy o podatkach, dlatego w tej chwili lepiej nie wdawać się w szczegóły) posłużyła tego dnia jako miejsce spotkania Wielkiej Rady.

C.D.N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *